Cztery historie kobiet z Afryki Zachodniej zazębiają się na kartach tej powieści, spinając niczym zamek błyskawiczny obie strony Atlantyku.
Chia, dziennikarka podróżnicza oraz Zikora pochodzą z Nigerii i mieszkają w Stanach. Omelogor, także Nigeryjka, robi oszałamiającą karierę we własnym kraju. I wreszcie Kadiatou, imigrantka z Gwinei, jest pokojówką w Waszyngtonie i tak poznaje Chię, u której z czasem zaczyna pracować jako pomoc domowa.

To właśnie Kadiatou, muzułmanka i samotna matka, jest najciekawszą postacią tej obszernej książki. Jest najbliżej ziemi i rzeczywistości. Wie, czego chce i do tego dąży: lepszego życia dla swojej córki, w lepszym (jak uważa) niż jej własny kraju. Mimo że wychowana w restrykcyjnej i religijnej atmosferze, potrafi jednak porzucić swoje zasady dla dobra dziecka. Sama poddana w dzieciństwie FGM (obrzezaniu), zrobi wszystko, by jej córka uniknęła tego losu. Umie i podjąć ryzyko, i ciężko pracować. Potrafi też doceniać to, co osiągnęła i cieszyć się z tego miejsca w życiu, w którym jest.
Bogate i znudzone
Inaczej z resztą bohaterek, które odróżnia od Kadiatou jedna podstawowa sprawa: są bogate. I kropka. To determinuje wszystko.
Adichie od początków swojej kariery literackiej podkreśla, jak ważne dla niej jest odejście od stereotypu ukazywania Afryki jako kontynentu jedynie „biedy i safari”. Konsekwentnie portretuje zamożne i uprzywilejowane Nigeryjki, podróżujące po świecie, zatrzymujące się w najlepszych hotelach, odwiedzające modne restauracje, studiujące i leczące się zagranicą.
W końcu to w Lagos sprzedaje się najwięcej francuskiego szampana, a tamtejsi zamożni są zamożni tak na poważnie. Dzieje się tak również poprzez korupcję, która w kraju bogatym w ropę sięga ekstremum. Jedna z bohaterek powieści, ambitna i utalentowana bankierka Omelogor także jest w nią zamieszana, więc mamy okazję zajrzeć za tę zwykle opuszczoną kurtynę i obserwować, jak walizki wypchane pieniędzmi przepływają z rąk publicznych do rąk prywatnych.

Mimo uprzywilejowanej pozycji, a może właśnie dzięki niej - nigeryjskie elity opisywane przez Adichie są naznaczone jakimś rodzajem nudy i frustracji. Życie kobiet kręci się wokół mężczyzn, a przedmiotem rodzinnych rozmów są w znacznej mierze pracownicy, obsługujący ich codzienność.
Szalejąc za facetem
Angielski tytuł „Bilans snów” to „Dream count”, czyli nawiązanie do wyrażenia „body count”, oznaczającego liczbę partnerów seksualnych. Bohaterki powieści przez całe dziesięciolecia swego życia skupiają się na poszukiwaniu mężczyzny. Kolejni partnerzy, niezależnie czy kandydaci na męża i ojca czy przygodni kochankowie, wyznaczają rytm ich życia i marzeń. Momentami czułam się, jakbym czytała cykl powieści o Bridget Jones, w stylu „Szalejąc za facetem”.

Chia robi wszystko, żeby znaleźć i utrzymać mężczyznę. Rezygnuje z siebie, dostosowuje się, obniża wymagania, neguje swoje potrzeby. Gdy jeden z jej partnerów beszta ją za zamówienie niestosownego drinka w modnej restauracji, kobieta się tłumaczy: „I did not want what I wanted to want”.
Po latach kobiety zaczynają zmieniać podejście, dojrzewać i patrzeć na te związki oraz tych mężczyzn jako na „złodziei czasu”. Zaczyna się długa lista ich wad. A jest ich sporo: Darnell, przeintelektualizowany narcyz, przedkłada to co modne nad to, co prawdziwe („he wanted the unsual more then he wanted the true”). Inny zajmuje się graniem w gry wideo, a swoją dziewczynę Zigorę odwiedza głównie dlatego, że w jej mieszkaniu duże okna wpuszczają do środka tyle światła, że jego gra wygląda świetnie na ekranie monitora.
Zmurszały feminizm
Od lat głównym tematem prozy Adichie jest feminizm. Z tego jest znana i dzięki temu stała się pisarką-celebrytką. Przez to chętnie romansuje z nią popkultura - o jej poglądach śpiewa Beyonce, a Dior nadrukowuje na swoich ubraniach cytaty z pisarki.
W tej książce feminizm jednak rozczarowuje: mężczyźni są karykaturalnie słabi i żałośni i tylko kradną czas kobietom, dla których jednak i tak pozostają osią życia. Chia konstatuje: szczęście to używanie pierwszej osoby liczby mnogiej.
Elity a rzeczywistość
Ciekawy natomiast jest inny dyskurs: przeintelektualizowanych akademickich elit, obecny w wątku Omelogor. Ta rzutka kobieta, aby zmienić swoje życie, leci do Stanów na modne studia humanistyczne. Wchodzi z środowisko lewicowych intelektualistów, zupełnie oderwanych od rzeczywistości.
Zapalenie ucha u psa studenta jest wystarczającym powodem dla profesora, by usprawiedliwić brak pracy zaliczeniowej.
Rasa to tylko konstrukt, a realne problemy Omelogor z dyskryminacją na tym tle są unieważniane.
Feminista to ktoś, kto nie lubi kobiet, lecz jedynie samą ideę kobiecości.
Gdy Omelogor wspomina dramatyczną historię rodzinną, związaną z krwawym konfliktem między ludem Igbo (chrześcijanami) a muzułmańskimi ludami Hausa i Fulami, koledzy stawiają jej zarzut… szerzenia islamofobii.

Adichie naraziła się nowoczesnym akademickim elitom przez swoją niezbyt fortunną wypowiedź dla brytyjskiego Channel 4 w roku 2017, przez co spotkała się z pewnym ostracyzmem i odwoływaniem zaplanowanych z nią spotkań. W ten sposób sportretowane przez pisarkę elity zdają się być pokłosiem tamtych wydarzeń.
Przytyk oderwania od rzeczywistości w przypadku Adichie jest bronią obosieczną. Dotyczy bowiem także konstrukcji jej postaci, co sprawia, że ta naprawdę dobra powieść w moim odczuciu nie może być uznana za wybitną.
Chimamanda Ngozi-Adichie, Bilans snów, tł. Kaja Gucio, Filia, Poznań, 2026
7/10


