
Afryka się budzi
„Z niepodległą Angolą to już będzie cały kontynent” – mówi bohater filmu „Jeszcze dzień życia”. Polecamy film i książkę o narodzinach nowej, niepodległej Afryki. Fascynujący czas, fascynujący reporter.

„Z niepodległą Angolą to już będzie cały kontynent” – mówi bohater filmu „Jeszcze dzień życia”. Polecamy film i książkę o narodzinach nowej, niepodległej Afryki. Fascynujący czas, fascynujący reporter.

Dwa filmy o Rwandzie w roku 1994. Jeden (Hotel Ruanda) da pocieszenie, że można coś ocalić – nawet w piekle. Drugi (Czasem w kwietniu) odziera z wszelkich złudzeń.

Czytacie biografię dyktatora z Konga i czujecie się, jakbyście oglądali polityczny thriller. Bardzo źle napisany thriller, z gatunku: “jak już scenarzyście kończy się wena, to zaczyna wymyślać kompletnie nieprawdopodobne historie”. Tylko to wszystko w przypadku Mobutu jest prawdą.

Maroko przedstawione nie jako egzotyczny kurort, nie jako podróż, by odnaleźć siebie, lecz jako krwawy reżim, okupujący Saharę Zachodnią. A ja jako ktoś, kto tam był dwukrotnie, przy lekturze tej książki odczuwałam ślepą, wściekłą złość.

II wojna kongijska była najkrwawszym konfliktem od zakończenia II wojny światowej. A kto o niej słyszał?… Cisza. Więc choćby dlatego warto obejrzeć film „Miłosierdzie dżungli”. Ale jest też kilka innych powodów.

Książka o ludobójstwie w Rwandzie. Czy da się ją zrecenzować? Polecić? Ocenić?

„Przyciągam śmiech, kiedy przechodzę, to moja zasada” - mówi Englebert, wesołek w brudnym t-shircie, z nieodłącznym piwem primus w dłoni. Mieszka w Rwandzie.

„Ciekawe, na ile sposobów można krzywdzić i zabijać ludzi (…) O tych odmianach śmierci i cierpienia nie da się mówić, a jednak to wszystko wypowiedziano”. Książka o Sudanie wstrząsa nawet tych, którzy o wojnie przeczytali już wszystko.

W ośrodku w Gulu w Ugandzie mieszkają dzieciaki. Mają po kilkanaście lat, a niektóre mniej. Jak to dzieci – strzelają do siebie drewnianymi karabinami i wymachują wystruganymi maczetami. Bawią się w wojnę? Nie. One w tej wojnie zabijały.

Be-Africa, czyli Serce Afryki to nazwa, jaką Republice Środkowoafrykańskiej nadali jego mieszkańcy. O tym sercu – z sercem! – pisze kapucyn, którego książki były jednym z impulsów do powstania naszej Fundacji.

W tej książce zakochujesz się od pierwszego zdania. Zdania, w którym „ojciec spóźnia się już ponad godzinę”, a czekający siedzą w upale pod ogromnym figowcem. Gdy wypili termos kawy i zjedli wszystkie kanapki, przyjeżdża samochód z trumną, skrywającą ciało ojca.

„Chciałbym się nie urodzić, żeby na to nie patrzeć” - mówi młody portugalski lekarz, którego faszyzujący reżim wysłał na wojnę do angolskiej kolonii.

Mimo że od premiery książki minęło już prawie 30 lat, jest ona zastraszająco aktualna. Tak jak wówczas - świat widzi tylko te tragedie, które chce zobaczyć. W 1994 była to wojna w bylej Jugosławii, podczas gdy Rwanda pozostawała poza oczami świata. Dziś podobnie jest z wojną w Sudanie.

Mali bohaterowie filmu o wojnie domowej w Sudanie pytają: „Dlaczego dorośli zaczęli ten chaos?”. Wezwani do odpowiedzi, owszem, tłumaczą przyczyny wojny, ale najbardziej przekonuje wytłumaczenie dzieci: „Dorośli są głupi”. Lokain i Wilson czynią gorzki zarzut: „Wy, dorośli, naprawdę nawaliliście”.

Syn próbuje poradzić sobie z tęsknotą za ojcem. Matka tłumaczy jego nieobecność koniecznością pracy — dlatego, że ojciec ich kocha. Dziecko pyta więc: „Tato, jeśli mówisz, że nas kochasz i że Bóg nas kocha, czy to znaczy, że ludzie, którzy nas kochają, zawsze są daleko?” Polecam wzruszający film z Nigerii.

Moja mała mandarynko, wojna sama się skończyła, znudzona krwią – mówi Aube do swej nienarodzonej córki po wojnie domowej w Algierii w latach 1992-2002. Kolejna świetna, choć bolesna, książka Kamila Daouda, urodzonego w tym kraju.

W przeddzień wybuchu II wojny do ówczesnej brytyjskiej Kolonii Kenii przyjeżdża żydowska rodzina Redlichów, uciekając przed nazistowskimi prześladowaniami.

Ćwierć wieku po klasycznym już “Helikopterze w ogniu” Ridley Scott wyprodukował serial dokumentalny o bitwie o Mogadiszu. Tym razem głosu udzielił obu stronom konfliktu.

Dobrze, że powstał film „Królowa wojownik” – i to z wielu powodów. Pierwszym jest frajda z oglądania epickiego obrazu w odchodzącym już stylu, a drugim jest poruszenie w filmie takich tematów jak udział afrykańskich handlarzy w międzynarodowym rynku niewolników oraz podkreślenie sprawczości kobiet.

Matka afrykańskiego kina, żona jednego z ojców angolskiej niepodległości, nakręciła film o walce z portugalskim kolonizatorem. Demaskujący brutalność reżimu obraz został wpuszczony do kin dopiero po Rewolucji goździków.

To książka powstała z wkurzenia: „Zbyt długo Afryka była uważana za synonim biedy, konfliktów, korupcji, wojen domowych i wielkich przestrzeni jałowej czerwonej ziemi, gdzie pleni się jedynie nędza”. I jest to słuszny gniew.

Siłą filmu jest zdeterminowany główny bohater, który jednak nie jest postacią jednoznaczną. Młody etnolog z Berlina w czasach najciemniejszego kolonializmu jedzie do Afryki wraz z ekspedycją wojenną. Ma prowadzić badania. Przyciąga go tam jednak coś innego. A raczej ktoś inny.

Piskała nie jest prorokiem, ale jest bystrym obserwatorem. Przewidział to, co (kilka lat po wydaniu jego książki) dzieje się teraz w Sudanie: “W Afryce wojny się nie kończą, one przygasają, tlą się, aby nagle ogarnąć pół kraju albo kraj sąsiedni czy nawet terytorium kilku państw. To dalszy ciąg tej samej pełzającej wojny”.