W czasie ludobójstwa w Rwandzie autor reportażu Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami był w Waszygtonie i zwiedzał nowo otwarte Muzeum Pamięci Holokaustu. Wspomina: „Kolejka po bilety ustawiła się już dwie godziny przed otwarciem wystawy. Czekając, próbowałem czytać lokalną gazetę, ale nie potrafiłem przestać patrzeć na fotografię na pierwszej stronie. Przedstawiała ciała wirujące w wodzie – martwe, nabrzmiałe i pozbawione koloru, tak liczne, że napierały na siebie i zatrzymywały nurt.
Podpis wyjaśniał, że są to zwłoki ofiar ludobójstwa w Rwandzie.
Gdy oderwałem wzrok od gazety, zobaczyłem grupę pracowników muzeum zmierzających do pracy. Na bordowych marynarkach kilku z nich przypięte były znaczki z hasłami <Pamiętamy> i <Nigdy więcej>, sprzedawane w muzealnym sklepiku po jednym dolarze za sztukę”.

Mimo że od premiery książki minęło już prawie 30 lat, jest ona zastraszająco aktualna. Tak jak wówczas - świat widzi tylko te tragedie, które chce zobaczyć. W 1994 była to wojna w bylej Jugosławii, podczas gdy Rwanda pozostawała poza oczami świata. Dziś podobnie jest z wojną w Sudanie.
Autor zaczyna swoja książkę o ludobójstwie w Rwandzie od stwierdzenia: To była ciężka robota. Na pierwszych stronach opisuje, jak rozbiera się na mięso krowę – ile razy trzeba uderzyć maczetą, by zwierzęciu odciąć kończynę.
Mimo tego mozolnego sposobu, ludobójstwo w Rwandzie było “najefektywniejszą” metodą zabijania od czasów Hiroszimy i Nagasaki. Ludobójstwa dokonano w tempie około trzykrotnie szybszym niż zagłada Żydów podczas Holokaustu.

Słaby kraj w chaosie?
Zarówno wówczas, jak i dziś, Rwanda sprzed ludobójstwa bywa przedstawiana jako kraj pogrążony w chaosie. Autor książki polemizuje z tym obrazem. Jego zdaniem ludobójstwo było możliwe właśnie dlatego, że Rwanda była państwem wyjątkowo sprawnie zorganizowanym – z silnym aparatem administracyjnym, policją i rozbudowanymi strukturami reżimu. To one umożliwiły przeprowadzenie ludobójstwa na tak ogromną skalę.
Juvénal Habyarimana stworzył państwo autorytarne. Kolejne wybory wygrywał wynikami przekraczającymi 99 procent głosów.
Istniała bardzo gęsta sieć policyjna i wywiadowcza. Autor przytacza przykład kobiety, która za rzekomy żart wypowiedziany na szpitalnym korytarzu została zwolniona z pracy.
Rola Francji
Reżim otrzymywał ogromne wsparcie finansowe z zagranicy. Około 60 procent budżetu Rwandy pochodziło z pomocy państw zachodnich. Szwajcaria, Belgia i Francja należały do najważniejszych darczyńców. (O roli tej ostatniej autor pisze: Prezydent François Mitterrand wysyłał pomoc wojskową i wspierał rwandyjski reżim. Francja odegrała kluczową rolę w utrzymaniu władzy, dostarczając broń nawet wtedy, gdy ludobójstwo już trwało. Reporter wspomina również o nielegalnym handlu bronią i narkotykami, który przynosił ogromne zyski. Francuscy wojskowi pełnili rolę wpływowych doradców reżimu. Pojawiają się także oskarżenia, że Jean-Christophe Mitterrand, syn prezydenta Francji, miał być zamieszany w nielegalny handel bronią).
Po 1989 roku w Rwandzie pojawiły się naciski, aby wprowadzić demokrację i system wielopartyjny, jednak były one nieskuteczne, ponieważ miały charakter wymuszony.

Sam przebieg ludobósjrtwa opisywalam już przy okazji recenzji innych książek.
Pisząc o tym reportażu, chciałabym wspomnieć o dwóch kwestiach.
Pierwsza to rola byłych kolonizatorów w zantagonizowaniu Hutu i Tutsi.
Autor podkreśla, aby nie wierzyć opiniom, takim jak te publikowane wówczas na pierwszej stronie „The New York Times”, mówiącym o odwiecznej nienawiści między Hutu i Tutsi.
W 1994 r. Francja podejmowała podobnie wygodną narrację: “Rwandyjczycy po prostu mordowali się, jak to rzekomo mają w zwyczaju, z jakichś odwiecznych plemiennych powodów”.
Tymczasem powody nie były odwieczne.
Podwójny kolonializm
Belgowie przejęli Rwandę od Niemiec jako mandat Ligi Narodów po I wojnie światowej. Podział na Tutsi i Hutu był już wówczas wyraźnie utrwalony, ponieważ Niemcy prowadzili politykę tzw. podwójnego kolonializmu – faworyzowali Tutsi, którzy mieli sprawować władzę nad Hutu.
Belgowie utrwalili ten podział, wprowadzając rozróżnienie między Hutu i Tutsi oraz organizując według niego całe społeczeństwo.
Autor pokazuje, jak trwałe okazały się rasistowskie teorie z epoki kolonialnej. Jeszcze sto lat po powstaniu pseudonaukowych koncepcji rasowych jedna z dziewcząt została uznana za Tutsi wyłącznie na podstawie wyglądu – kształtu nosa, faktury włosów i innych cech fizycznych, które miały rzekomo świadczyć o jej pochodzeniu.

Druga kwestia to bierność społeczności międzynarodowej, pod przewodnictwem ówczesnego dominującego mocarstwa, jakim były USA. Stany, po nieudanej operacji w Somalii, nie chciały interweniować, by nie powtarzać kolejnej kompromitacji.
Drugą siłą było ONZ, do którego siedziby dotarł fax od ówczesnego dowódcy sił tej organizacji w Rwandzie, który na kilka miesięcy przez rozpoczęciem ludobójstwa opisywał masowe gromadzenie broni czy listy nazwisk osób, które planowano zabić. Przywództwo ONZ zlekceważyło ten fakt. Paradoksem historii jest, że to Rwandzie wtedy przypadało rotacyjne uczestnictwo w ONZ-owskiej Radzie Bezpieczeństwa.
Reporter pisze: Międzynarodowa społeczność tolerowała ludobójstwo, za to psy zjadające zwłoki zamordowanych ONZ uznała za zagrożenie dla zdrowia publicznego.
Problematyczne okazało się uznanie wydarzeń w Rwandzie za ludobójstwo. Miało to związek z ONZ-owską Konwencją w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r., która zobowiązywała państwa strony do “zapobiegania”, czyli interwencji.
“Rada Bezpieczeństwa nie potrafiła nawet przegłosować rezolucji zawierającej słowo <ludobójstwo>”.
Podarte niebieskie berety
Po zamordowaniu dziesięciu belgijskich żołnierzy ONZ Belgia wycofała swój kontyngent z Rwandy (“Stało się to, na co liczyli ideolodzy Hutu Power. Belgijscy żołnierze, rozgoryczeni tchórzostwem i bezsensem swojej misji, stanęli na płycie lotniska w Kigali i podarli na strzępy swoje niebieskie berety”), a Rada Bezpieczeństwa zredukowała siły UNAMIR o 90%, mimo że gen. Roméo Dallaire przekonywał, iż odpowiednio wzmocniona misja mogłaby szybko powstrzymać ludobójstwo.
“Dezercja sił ONZ z Rwandy była największym dotychczasowym dyplomatycznym zwycięstwem Hutu Power. I tę zasługę można niemal w całości przypisać Stanom Zjednoczonym”.
Kluczową rolę w blokowaniu zdecydowanej reakcji społeczności międzynarodowej odegrały Stany Zjednoczone, które opóźniały wysłanie posiłków, a ambasadorka Madeleine Albright należała do głównych przeciwników interwencji. “Administracja Clintona wręcz zakazała swoim urzędnikom używania słowa <ludobójstwo> bez odpowiednich zastrzeżeń. Oficjalna formuła zatwierdzona przez Biały Dom brzmiała, że w Rwandzie <mogły mieć miejsce akty ludobójstwa>”.
Kolejne opóźnienia i polityczne spory sprawiły, że pomoc nadeszła dopiero wtedy, gdy zginęły już setki tysięcy ludzi.

Reporter opisuje dalsze działania międzynarodowe:
“W nocy z 16 na 17 oraz z 18 na 19 czerwca (masakry rozpoczęły się 11 kwietnia), przy francuskim wsparciu, dostarczono broń reżimowi Hutu Power. Rozładowywano ją w mieście Goma we wschodnim Zairze, skąd przewożono ją przez granicę do Rwandy.
Jednak już 22 czerwca Rada Bezpieczeństwa ONZ, chcąc zmyć z siebie hańbę i najwyraźniej nie dostrzegając nowej hańby, którą właśnie na siebie ściągała, zatwierdziła rozmieszczenie wojsk francuskich, przyznając im dwumiesięczny mandat oraz zgodę na użycie siły – czego wcześniej konsekwentnie odmawiano siłom UNAMIR.
Witamy francuskich Hutu
Następnego dnia pierwsi francuscy żołnierze biorący udział w Operacji Turkus wyruszyli z Gomy do północno-zachodniej Rwandy, gdzie powitali ich zachwyceni bojówkarze Interahamwe.
Śpiewali, machali francuskimi trójkolorowymi flagami i nieśli transparenty z hasłami w rodzaju: Witamy francuskich Hutu.
Moment rozpoczęcia operacji był uderzający. Pod koniec maja tempo masakry Tutsi wyraźnie spadło – głównie dlatego, że większość ofiar została już zamordowana.
Oczywiście pogromy nadal trwały. Tymczasem, jak zanotował Gérard Prunier, politolog współtworzący francuski plan interwencji, gdy w czerwcu ruszały przygotowania do operacji, największą obawą w Paryżu było to, czy wojska francuskie znajdą jeszcze jakichkolwiek Tutsi, których będzie można uratować na użytek kamer”.
Polecam książkę oraz wywiad z autorem, który po trzech dekadach od jej wydania komentuje m.in. proces rozliczeniowy.
Philip Gourevitch, Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami, tłum. Adrian Stachowski, wyd. Filia Literacka, Poznań 2026
8/10


