Liga Morska i Kolonialna, największa przedwojenna organizacja pozarządowa, zrzeszała milion Polaków i wydawała kolonialny perdiodyk w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Jak to było z naszym kolonializmem?
„Najbardziej słusznym prawem Polski i nieodzowną dla niej koniecznością jest posiadanie własnych kolonij” – wołał prezes Ligi, a za nim inni. Skąd się brały te hasła? – na to pytanie stara się odpowiedzieć historyk, Grzegrorz Łyś w książce „Bzik tropikalny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie”.

Po zakończeniu Wielkiej Wojny niemieckie kolonie w Afryce przeszły pod mandat międzynarodowy. Zaraz, bo w 1919 r., pojawiły się w polskiej przestrzeni publicznej żądania kolonii w Kamerunie jako zadośćuczynienia za brak reparacji i nakład Polaków w rozwój kolonii, jeszcze w ramach cesarstwa.
Polski kolonializm mógł więc być odpowiedzią na rewizjonizm Niemców, gdy ci ciągle się o upominali o swoje stare kolonie.
Mógł być też reakcją na odzyskanie niepodległości i widzenie kolonii jako części polskiego prawa do państwowości, która wówczas w wielu mocarstwach kojarzyła się z posiadaniem kolonii.
Niezależnie od przyczyny międzywojenny polski ruch kolonialny to jeden z przykładów zbiorowej iluzji, braku realizmu oraz potęgi propagandy.

Pojawiły sie pomysły, by problemy młodego państwa rozwiązać za pomocą zdobycia kolonii.
Ludzie zbędni
Galopujący przyrost naturalny i przeludnienie polskich wsi było bolączką, generującą bezrobocie i biedę. Pojawiło się pojęcie „ludzi zbędnych”, którym określano kilka milionów ludzi, dla których nie było pracy w rolnictwie na karłowatych gospodarstwach (poniżej pięciu hektarów). Postulowano, by to rozwiązać, wysyłając polskich kolonistów za morze. Kurier pisał że „łatwo osiągnąć tysiące dolarów czystego zysku roczni”” z eukaliptusów czy kawy.
Osadnictwo w Ameryce Południowej zakończyło się spektakularną, wręcz groteskową, klęską. Próby w Brazylii czy Peru (osiedlono nie więcej niż półtora tysiąca osób) zakończyły się regularnymi zajazdami. Te projekty to mrzonki – wyjeżdżali tam ludzie jak po przygodę, bez żadnych doświadczeń w rolnictwie.
Świece bez knotów, cylindry bez ronda
Bariery w dostępie do złóż, bariery celne, wojny handlowe, odgórnie wyznaczane kontyngenty, zły bilans handlowy – te problemy też według niektórych mogły rozwiązać kolonie, dostarczając niezbędnych produktów prosto z terenów zamorskich, które miały być rynkiem zbytu polskich produktów. Skończyło się na masowym eksporcie używanych i niesprawnych rzeczy do krajów afrykańskich, jak: świece bez knotów, cylindry bez ronda, ubrania nienadające się do użytku.
Słyszalne stały się też głosy ludzi związanych z endecją, wieszczące, że czeka nas los pariasów w Europie, stąd niezbędny nacisk na dzietność Polaków oraz rozwiązanie „kwestii żydowskiej”. Poza rasizmem skierowanych przeciw mniejszości żydowskiej, w tych środowiskach, jak również w miesięczniku „Morze” pojawiły się tezy np. o „wielowiekowym letargu M* [nie chcę tu używać tzw. em word], „leniwych i trudnych do prowadzenia M*”.

„Polska” Afryka
Wpływ na polskie wyobrażenia o Afryce miała twórczość Henryka Sienkiewicza, zwłaszcza W pustyni i w puszczy oraz Listy z Afryki. W swoich relacjach Sienkiewicz opisywał moment, gdy państwa europejskie dzieliły między siebie Afrykę. Nie wierzył, że na kontynencie powstaną silne, niezależne państwa na wzór Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie w listach dostrzegał brutalny wyzysk i niesprawiedliwości związane z kolonializmem.
Polski Karol May
Ogromną popularnością cieszyła się również literatura podróżnicza Ferdynanda Ossendowskiego, którego książki osiągnęły łączny nakład około 80 milionów egzemplarzy. Nazywany bywał „polskim Karolem Mayem”. W jego twórczości często pojawiały się stereotypowe i rasistowskie przedstawienia ludności afrykańskiej, a także pochwały europejskich kolonizatorów. Pisał np. o „męczeńskim życiu Francuzów, niosących chrześcijaństwo”.
Popularność zdobywały również sensacyjne opowieści o kanibalizmie, które utrwalały pełen uprzedzeń obraz Afryki.
Arkady Fiedler: przeciw koloniom
Podobne tendencje można odnaleźć w znacznej części polskiej literatury podróżniczej okresu międzywojennego, która często reprodukowała kolonialne i rasistowskie schematy myślenia.
Na tym tle wyróżniał się Arkady Fiedler. Choć w 1938 roku udał się na Madagaskar z misją związaną z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych, prezentował znacznie bardziej otwarte podejście do mieszkańców kolonii. Podkreślał, że na Madagaskarze nie istnieje żadna naturalna wyższość białych ludzi. Krytycznie odnosił się również do polskich projektów kolonialnych i nie podzielał rasistowskich poglądów.

Relacje Polski z Liberią
Liberia była wyjątkowym państwem w Afryce – powstała w XIX wieku jako niepodległe państwo, założone przez wyzwolonych niewolników ze Stanów Zjednoczonych. Osadnicy stanowili zaledwie kilka procent ludności kraju (od 15 do 20 tysięcy osób), jednak sprawowali pełnię władzy. Rządzili przy tym twardą ręką, a bunty miejscowej ludności były tłumione przy wsparciu amerykańskiej floty.
W 1934 roku podpisano polsko-liberyjską umowę gospodarczą, którą część obserwatorów uznała za pierwszą w Afryce umowę kolonialną zawartą formalnie na zasadach równości między partnerami. Przewidywała ona m.in. możliwość zakładania przez Polaków do pięćdziesięciu plantacji, korzystne warunki handlowe, niższe ceny zakupu ziemi, prawo do żeglugi po rzekach oraz utworzenie strefy wolnocłowej.
Zarówno w Liberii, jak i za granicą umowa wywołała jednak kontrowersje. Krytykowano m.in. zbyt liberalne podejście do lokalnych mieszkańców. Szczególne emocje budził tajny aneks do porozumienia. Zakładał on, że Polska będzie wspierać ochronę granic Liberii, a w przypadku wojny mogłaby rekrutować na jej terytorium nawet 100 tysięcy żołnierzy. Plany te nigdy nie zostały jednak zrealizowane.
W praktyce handel rozwijał się słabo – do Liberii dotarł jedynie jeden polski statek handlowy. Największym sukcesem okazała się sprzedaż broni rządowi liberyjskiemu. Wartość transakcji wyniosła około pół miliona złotych, co odpowiadało mniej więcej jednej piątej rocznego budżetu państwa liberyjskiego.

Z czasem idea zdobycia kolonii coraz częściej łączyła się z pomysłami masowej emigracji Żydów z Polski na Madagaskar. Lata 1935–1936 przyniosły falę antyżydowskich wystąpień i krwawych zajść w kraju. Coraz głośniej mówiono o „odżydzaniu” Polski. Francuscy politycy dawali do zrozumienia, że na Madagaskarze mogłaby osiedlić się ograniczona liczba żydowskich osadników. Padały propozycje przesiedlenia nawet półtora miliona osób nie tylko na Madagaskar, ale także do Kanady, Australii, Rodezji czy Angoli.
Ponad stu posłów związanych z obozem rządzącym podpisało interpelację dotyczącą masowej emigracji żydowskiej.
Madagaskar dla Polaków
W 1937 roku na wyspę ruszyła ekspedycja Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz przedstawicieli żydowskich organizacji emigracyjnych. Jej zadaniem było sprawdzenie, czy Madagaskar rzeczywiście nadaje się do osadnictwa. Wyniki okazały się rozczarowujące. Komisja uznała, że około dziewięćdziesięciu procent wyspy stanowią tereny mało przydatne dla rolnictwa. Mimo to powstawały ambitne projekty. Zakładano pięciomilionowe inwestycje, utworzenie polskiej policji kolonialnej i osiedlenie znacznej liczby emigrantów żydowskich (15 proc. ludności mieli stanowić osadnicy żydowscy). Żaden z tych planów nie został jednak zrealizowany.
Podejście zmieniły reportaże Arkadego Fiedlera z Madagaskaru. Pisarz opisywał wyspę z dużym entuzjazmem, podkreślając jej walory i możliwości rozwoju. W efekcie część narodowców zmieniła stanowisko. Hasło “Żydzi na Madagaskar” zamieniono na: „Madagaskar dla Polaków” i „Żydzi do Palestyny”.

Australia, Patagonia a może Kamerun
Warto wspomnieć, że Polskie ambicje kolonialne sięgają czasów zaborów i obejmowały projekty tworzenia „Nowej Polski” poza Europą, m.in. koncepcję Wereszczyńskiego po klęsce powstania styczniowego, który postulował utworzenie osady w Australii. Inni sugerowali Patagonię.
Słynna była ekspedycja z końca XIX w. Stefana Szolc-Rogozińskiego do Kamerunu, gdzie dokonano zakupów ziemi za koraliki i perkal, uzyskując około 30 km² terenu pod przyszłą placówkę, jednak przedsięwzięcie zakończyło się w wyniku rywalizacji mocarstw europejskich, a Polacy opowiedzieli się po stronie Brytyjczyków. Wyprawa Rogozińskiego przyniosła jednak efekty naukowe w postaci badań nad fauną, florą oraz kulturą.

Osobne miejsce w książce „Bzik tropikalny” ma Maurycy Beniowski, polsko-węgierski szlachcic i podróżnik XVIII wieku. Zasłynął jako uczestnik konfederacji barskiej i zesłaniec na Kamczatkę, skąd zdołał zorganizować brawurową ucieczkę. Po przejęciu kontroli nad częścią rosyjskiej placówki wraz z innymi zesłańcami zdobył statek i rozpoczął podróż przez Pacyfik. Dotarł m.in. do Japonii, Makau, Tajwanu i Francji.
W popularnym ujęciu ma on sławę podróżnika i odkrywcy, natomiast był awanturnikiem, stosującym przemoc.

Próbował zainteresować władze francuskie swoimi planami kolonialnymi i projektami osadniczymi na Madagaskarze.
Niedoszły „król Madagaskaru”
Beniowski wylądował na wyspie we francuskim mundurze, gdzie pokonał Sakalawów, zbudował dwa forty, założył nową stolicę i organizował podział ziemi dla kolonistów.
Wykorzystywał przy tym tysiące niewolników oraz stosował brutalne kary.
Mimo tych działań został uznany przez część społeczności malgaskich za przywódcę – w zgromadzeniu liczącym około 30 tysięcy osób wodzowie mieli składać mu hołd, a według późniejszych relacji miał zostać ogłoszony „cesarzem” jako potomek legendarnych władców.
Ostatecznie konflikt z Francuzami doprowadził do jego obalenia i śmierci.
W stolicy kraju, Antananarywie, znajduje się jego pomnik oraz ulica jego imienia (Rue Benyowski), jako wyraz nadziei pokładanych w niego, by chronił kraj przed Francuzami.
Grzegorz Łyś, Bzik kolonialny: II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie, Wydawnictwo W.A.B., 2023
7/10


