Dla Malgaszy życie po śmierci ma ogromne znaczenie, często nawet większe niż doczesność. Znajduje to wyraz w ich fascynujących obrzędach – takich jak powtórny pochówek – oraz w grobowcach, które wyglądają jak niewielkie domy.
W tradycyjnych malgaskich wierzeniach bóg jest istotą odległą. Malgasze często zamiast do istot wyższych zwracają się więc do przodków – razana.
Kult przodków podkreśla ciągłość życia. To oni pełnią rolę pośredników między światem ludzi a sferą duchową. Zmarli nadal mają wpływ na losy tych, którzy żyją i po śmierci czuwają nad żyjącymi. Oddaje to lokalne przysłowie: człowiek nie odchodzi całkowicie, dopóki jest pamiętany przez żyjących.

Malgasze już od dzieciństwa oswajają się ze śmiercią. Po odejściu bliskiej osoby ciało przez kilka dni pozostaje w domu, aby umożliwić wszystkim pożegnanie. Zjeżdża się rodzina. Potem są dwa etapy obrzędów pogrzebowych. Pierwszy to pochówek, jaki i my znamy, a drugi – famadihana, czyli ponowny pogrzeb. Ma on symbolizować dołączenie zmarłego do grona przodków. Może stać się to tylko w słoneczny dzień, bo tylko wtedy przodkowie mogą kogoś wezwać do siebie. Ważne jest także, żeby ubrania użyte podczas uroczystości wyprać w rzece, bo wtedy dusza wędruje wodą do nieba.
Jak to wygląda „taniec zmarłych”?
Nazwa famadihana pochodzi od malgaskiego słowa, które oznacza obracać się, zamienić. Stąd nazwa: „taniec zmarłych”. Uroczystość odbywa się kilka lat po właściwym pogrzebie (najczęściej 7). Wtedy bliscy otwierają rodzinne grobowce, wyjmują szczątki zmarłych, usuwają stare całuny i oczyszczają kości.

Po uroczystej przemowie (kabary) szczątki zmarłych są owijane w nowy całun (lamba landy). Następnie mężczyźni zawijają je dodatkowo w maty (tsihy) i ozdabiają kwiatami. Potem tworzy się radosny pochód – szczątki zmarłych są niesione na ramionach przez grupę osób, które delikatnie je kołyszą. W trakcie uroczystości unosi się je także i przenosi w rytmie głośnej muzyki i tańca. Zgodnie z tradycją, uczestnicy siedmiokrotnie okrążają grobowiec.

Rum dla zmarłych
Po zakończeniu tańców przodkowie otrzymują nowe czerwone tkaniny (lambamena). Do zawiniętych szczątków wkłada się także drobne dary, takie jak rum (który na Madagaskarze jest wyjątkowo aromatyczny dzięki dodawanej do niego wanilii), pieniądze, łyżkę, ubrania czy zdjęcia. Następnie przodek zostaje ponownie złożony w grobie na kolejne lata.

W ten dzień nikt nie powinien płakać i okazywać smutku. Na zakończenie wszyscy biorą udział w widowisku z tradycyjnym śpiewem hira gasy, a fragmenty mat i tkanin, którymi owinięte były szczątki, są dzielone między członków rodziny – przyniesie im to błogosławieństwo, zwłaszcza w postaci potomstwa.
Mimo dużego znaczenia tradycji, coraz częściej się z niej rezygnuje ze względu na koszty – Madagaskar jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, gdzie ogromna większość ludzi je tylko raz dziennie. Przygotowanie uczty to ogromny wydatek.

Świętuje się za to 2 listopada, kiedy na groby przynosi się wieńce, kwiaty i… alkohol – jeśli ktoś go lubił w ciągu życia. Do tego często czyta się Ewangelię:)

Malgaskie grobowce często przypominają domy – mają dach i drzwi, ponieważ traktuje się je jako miejsce zamieszkania przodków, a nie tylko przestrzeń na szczątki. Grobowiec jest symbolem prestiżu, dlatego składa się na niego cała rodzina. Może kosztować około 10 - 20 milionów ariarów (9-18 tysięcy złotych, podczas gdy lokalne zarobki oscylują między 250 a 600 zł miesięcznie).

Szczątki układa się według wieku zmarłych (trzeba odczekać minimum 6 miesięcy od ostatniego pochówku w grobowcu). Najstarsi zajmują najbardziej honorowe miejsce przy wschodniej ścianie grobowca, z głową skierowaną na północ. Pozostali są rozmieszczani zgodnie z pokoleniami, a ich głowy zwrócone są na wschód.

Niestety, ze względu na rzeczy pozostawiane w grobach, często są one okradane. Jest to wynikiem skrajnej biedy i desperacji. Ale też wynikiem zabobonów, które każą kraść nawet ludzkie kości.
Innym zabobonem, z którym spotkałam się osobiście, jest podejście do zwłok. Wymagane jest, aby całość ciała była złożona w jednym miejscu. Dlatego spotkaliśmy się z prośbą, aby po amputacji kończyny w wyniku niezbędnej operacji nie utylizować jej w szpitalu, ale wydać pacjentowi do pochowania w wybranym przez niego miejscu. Po latach, gdy nadejdzie jego czas, zostanie w tym miejscu pochowany.



