Blog Afrykański Kawałek Afryki

Co jest na ulicy?

1 lutego 2020

„Cho­dzi­li­śmy po uli­cach i spo­tka­li­śmy tam mło­dych ludzi. To była cięż­ka pra­ca - mówi Gosia Zawadz­ka, któ­ra przez dwa lata pra­co­wa­ła w cen­trum Ana Jeno w Ango­li.  – Chło­piec, któ­ry przez pół roku miesz­kał na uli­cy, tak się do tego przy­zwy­cza­ił, że cięż­ko go prze­ko­nać, żeby z nami zamie­szał. On zwy­kle nie rozu­miał, dla­cze­go teraz ma żyć ina­czej, w spo­sób bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­ny. Dzie­ci uli­cy nie mają przy­kła­du z domu, czu­ją się nie­po­trzeb­ne, a ich życie dla nich samych nie sta­no­wi żad­nej war­to­ści. Na uli­cy wyko­nu­ją cięż­kie pra­ce, za co dosta­ją tro­chę chle­ba: jak nosze­nie wody albo pomoc przy dźwi­ga­niu i sprze­da­ży towa­rów.

Cza­sem, by prze­ko­nać jed­ne­go chłop­ca, potrze­ba nawet mie­się­cy. Szu­ka­my jego rodzi­ny. Bywa, że wer­sje histo­rii chłop­ca i  rodzi­ny się nie pokry­wa­ją. Oni mówią, że musie­li się go pozbyć z domu, bo prze­kli­nał, bił i demo­ra­li­zo­wał. A sam chło­pak mówi, że musiał opu­ścić dom, bo ojciec bił. Nie wia­do­mo, jaka jest praw­da. Wie­my jed­nak, że coś się sta­ło w tej rodzi­nie i skut­kiem jest życie na uli­cy”.

Gosia Zawadzka
Gosia Zawadz­ka

Ośro­dek Ana Jeto w Luena został stwo­rzo­ny z myślą o dzie­ciach i mło­dzie­ży, któ­re zosta­ły zmu­szo­ne do życia na uli­cy. W ośrod­ku miesz­ka na sta­łe mał­żeń­stwo, któ­re, zaj­mu­jąc się dzieć­mi, peł­ni tak­że rolę „mamy” i „taty”. Dzie­ci są stop­nio­wo uczo­ne funk­cjo­no­wa­nia w rodzi­nie oraz w spo­łe­czeń­stwie. Jest to pro­ces. Ośro­dek (z miej­scem dla 16 dzie­ci) ofe­ru­je cało­dzien­ną i cało­noc­ną opie­kę nad dzieć­mi. Pro­gram wyj­ścia z życia na uli­cy prze­wi­du­je mini­mum sze­ściu mie­się­cy poby­tu dla każ­de­go miesz­kań­ca ośrod­ka. Zawie­ra pomoc w reje­stra­cji i zdo­by­ciu doku­men­tów oraz w zaję­ciach szkol­nych lub też zapew­nie­nie uczest­nic­twa w kur­sach zawo­do­wych. Dzie­ci obję­te są rów­nież opie­ką medycz­ną i psy­cho­lo­gicz­ną - nawet kil­ka mie­się­cy życia na uli­cy nie­sie ze sobą ryzy­ko traum, któ­re wyma­ga­ją pomo­cy spe­cja­li­sty. Pra­cow­ni­cy ośrod­ka wyko­nu­ją na uli­cy pra­cę typu stre­etwor­king, zachę­ca­jąc dzie­ci do zamiesz­ka­nia w ośrod­ku.

Woj­na w Ango­li trwa­ła od 1975 do 2002 roku. Jej kon­se­kwen­cją są znisz­cze­nia, prze­sie­dle­nia, duża licz­ba uchodź­ców. Po kon­flik­cie pro­win­cja zosta­ła pozba­wio­na pomo­cy i wyizo­lo­wa­na. Ogrom­nym pro­ble­mem jest też usta­wicz­ny brak pra­cy i żyw­no­ści. Moxi­co jest jed­ną z tych pro­win­cji, któ­re woj­na nazna­czy­ła naj­bar­dziej. Jej nisz­czą­cy wpływ jest widocz­ny do dzi­siaj i obja­wia się głów­nie olbrzy­mi­mi znisz­cze­nia­mi budyn­ków, dróg, mostów i pól. Wie­le dróg nie zosta­ło jesz­cze oczysz­czo­nych z min. Dostrze­ga się rów­nież ogrom­ny defi­cyt w dzie­dzi­nie zdro­wia oraz edu­ka­cji: brak pod­ręcz­ni­ków, nauczy­cie­li, leka­rzy, lekarstw. Wie­le miejsc pozba­wio­nych jest łącz­no­ści ze świa­tem, torów kole­jo­wych, a dro­gi unie­moż­li­wia­ją odby­cie podró­ży samo­cho­dem. Pomoc mię­dzy­na­ro­do­wa docie­ra­ła głów­nie do Luan­dy (sto­li­cy kra­ju), któ­ra nie doświad­czy­ła aż tak trau­ma­tycz­nych skut­ków woj­ny jak Luena.

„Ludzie radzą sobie tutaj, jak mogą – mówi Gosia Zawadz­ka. - Pro­wa­dzą małe skle­py, sprze­da­ją owo­ce, warzy­wa - co kto ma. Jak ktoś umie szyć sukien­ki czy koszul­ki, to szy­je; jak ktoś umie goto­wać – to gotu­je.

Rodzi­na w Ango­li jest bar­dzo waż­na, jest cen­trum wszyst­kie­go, wła­ści­wie nie da się tu bez niej żyć. Kobie­ta czu­je się speł­nio­na i doświad­cza sza­cun­ku spo­łecz­ne­go, gdy ma dużo dzie­ci.

Sko­ro w Ango­li wszyst­ko się opie­ra na rodzi­nie, więc w naszej pra­cy naj­waż­niej­sze jest, żeby chłop­cy na koń­cu wró­ci­li do rodzi­ny. Takie są zało­że­nia nasze­go ośrod­ka. Zawsze ogrom­nie się cie­szy­my, gdy dzie­cia­ki wra­ca­ją do domu. Choć nie­ste­ty były też przy­pad­ki, że chwi­lę po powro­cie rodzi­ce go „zwró­ci­li” – jak nie­po­trzeb­ny sprzęt. Cie­szy­my się, gdy dowia­du­je­my się, że jeden czy dru­gi z naszych chłop­ców zna­lazł pra­cę w super­mar­ke­cie - ba, nawet w sto­li­cy. Ten się oże­nił, temu uro­dzi­ło się dziec­ko, a ostat­nio trzej chłop­cy zosta­li wysła­ni na trzy­mie­sięcz­ne kur­sy, by zostać hydrau­li­kiem czy elek­try­kiem.

Naj­waż­niej­sze, by cho­dzi­li do szko­ły – mówi Gosia Zawadz­ka – Wia­do­mo: na uli­cy nie ma żad­nej edu­ka­cji. A co jest na uli­cy?  Męska pro­sty­tu­cja, o któ­rej się nie mówi, ale to nie zna­czy, że jej nie ma. Wyko­rzy­sty­wa­nie sek­su­al­ne, alko­hol (naj­po­dlej­szy, naj­tań­szy, płyn­na tru­ci­zna), nar­ko­ty­ki, wącha­nie ben­zy­ny. Czę­sto docho­dzi do bójek, w któ­rych chłop­cy uży­wa­ją noży czy potłu­czo­ne­go szkła. Mie­li­śmy pod opie­ką chło­pa­ka, któ­ry wdał się w bój­kę i został ugry­zio­ny. Ręka mu tak spu­chła, że nie było widać pal­ców. Dłu­go cho­dził tak po uli­cy, dopó­ki go nie zna­leź­li­śmy. Był w strasz­nym sta­nie. Poszli­śmy do szpi­ta­la, gdzie mu tę rękę ura­to­wa­li. Czę­sto cho­dzi­łam do szpi­ta­la. Jak­by sam poszedł, to nic by mu nie pomo­gli. Ale jak poszłam ja, to było zupeł­nie ina­czej”.

Pod­opiecz­ni domu Ana Jeto:


Chło­piec klasz­czą­cy w dło­nie to Adam. Nie mówi zbyt dużo, nie czy­ta, nie pisze – choć ma 10 lat. Jest dotknię­ty lek­kim upo­śle­dze­niem. Ma nie­peł­no­spraw­ną i głu­cho­nie­mą mamę. Nikt nie wie, kto jest jego ojcem. Wycho­wał się na wsi w cięż­kich warun­kach. Został zna­le­zio­ny na uli­cy, gdy szu­kał cze­goś do jedze­nia.

Dala Kar­los ma 15 lat, dwa lata żył na uli­cy, uza­leż­nio­ny od ben­zy­ny i alko­ho­lu. Opu­ścił dom, ponie­waż rodzi­na nie akcep­to­wa­ła jego nało­gu. By mieć co zjeść, pra­co­wał, wyrzu­ca­jąc śmie­ci i przy­no­sząc wodę. Jadł odpad­ki i cokol­wiek zna­lazł albo uda­ło mu się zor­ga­ni­zo­wać. Bar­dzo czę­sto był głod­ny, gdyż nie zawsze ludzie pła­ci­li mu za pra­cę. Spał w sta­rych cię­ża­rów­kach i wago­nach kole­jo­wych. Zaczął przy­cho­dzić na wykła­dy do domu Ana Jeto i stop­nio­wo jego życie zaczę­ło się zmie­niać. W ośrod­ku roz­ma­wia­li o zagro­że­niach czy­ha­ją­cych na uli­cy ale też o przy­szło­ści. Posta­no­wił się zmie­nić. Został miesz­kań­cem domu, poszedł do szko­ły, uczest­ni­czył w pro­gra­mie alfa­be­ty­za­cji. Dziś mówi: „Jestem szczę­śli­wy. Zmie­ni­łem spo­sób myśle­nia. Sta­ram się uni­kać sta­re­go życia i kon­tro­lo­wać swo­je zacho­wa­nie, któ­re jest wyni­kiem dwóch lat na uli­cy. Miesz­kam z moją rodzi­ną. Chcę kon­ty­nu­ować naukę”.

Andre Kahi­lo ma 13 lat, przez pięć mie­się­cy miesz­kał na uli­cy. Nie cho­dził do szko­ły, od kie­dy umarł jego tata. Pra­co­wał cięż­ko, myjąc samo­cho­dy i moto­ry w pobli­skiej rze­ce - by mieć cho­ciaż na jeden posi­łek dzien­nie. Pew­ne­go dnia, kie­dy cho­dził po mie­ście w poszu­ki­wa­niu jedze­nia albo jakiej­kol­wiek pra­cy, jeden z pra­cow­ni­ków domu Anaj Jeto zaczął z nim roz­mo­wę. Mówił chłop­cu, że życie na uli­cy wią­że się z ogrom­nym ryzy­kiem. Andre zamiesz­kał w domu dla dzie­ci Ana Jeto i zaczął szko­łę. Bar­dzo lubi się uczyć. Mówi, że zdał sobie spra­wę, że jego złe zacho­wa­nie wyni­ka­ło z przy­zwy­cza­je­nia się do życia na uli­cy. Liczy, że dzię­ki szko­le zdo­bę­dzie dobry zawód i będzie mógł pomóc swo­jej rodzi­nie. Jest bar­dzo wdzięcz­ny, że dostał taką szan­sę i chce ją wyko­rzy­stać.

Dino Ama­do ma 14 lat. Miesz­kał na uli­cy rok, mimo że miał dom rodzin­ny. Jego rodzi­na czę­sto go biła. Zaczął więc ucie­kać na uli­cę, gdzie wąchał ben­zy­nę i palił. Życie na uli­cy zmu­sza­ło go do kra­dzie­ży i ode­bra­ło mu poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Czę­sto spał w wago­nach pocią­gów cię­ża­ro­wych, na uli­cy wyko­ny­wał cięż­kie pra­ce, za któ­re otrzy­my­wał bar­dzo niskie wyna­gro­dze­nie. Po roku do domu Ana Jeto przy­pro­wa­dził go wolon­ta­riusz. Dino otrzy­mał szan­sę uczest­nic­twa w kur­sach zawo­do­wych, gdzie mógł nauczyć się upra­wy roślin, drzew oraz opie­ki nad zwie­rzę­ta­mi.

Jor­ge Toi Kazu­mi­ro ma 13 lat. Żył na uli­cy sie­dem mie­się­cy. Powo­dem jego odej­ścia z domu było zacho­wa­nie star­szej sio­stry, któ­ra go biła, kie­dy mamy nie było w domu. Oskar­ża­ła go tak­że o kra­dzież wie­lu rze­czy. Na uli­cy było mu cięż­ko. Spał w sta­rych wago­nach, na mate­ra­cach koło śmiet­ni­ka. By zdo­być pie­nią­dze na życie, wyko­ny­wał róż­ne pra­ce, cza­sem bar­dzo cięż­kie jak nosze­nie wody cały dzień. Czę­sto pro­sił też o pie­nią­dze. Prze­waż­nie był bar­dzo głod­ny. Na uli­cy zna­leź­li go księ­ża, któ­rzy odpro­wa­dzi­li go do domu Ana Jeto. Zaczął edu­ka­cję oraz nowe życie. Posta­no­wił zro­bić wszyst­ko, by jed­nak wró­cić do domu, choć sytu­acja w nim nie jest naj­lep­sza. Sta­ra się dobrze uczyć, by przy­szło­ści pomóc rodzi­nie i być „kimś”.

Witaj w Ana Jeto – napis na ścianie ośrodka
Witaj w Ana Jeto – napis na ścia­nie ośrod­ka

Podziel się:

Skoro nogi Cię tu przyniosły, to idź krok dalej i wesprzyj naszą pomoc Afryce :)

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on print
Wydrukuj
taniec_tanzania

Święto Fundacji

Zre­ali­zo­wa­li­śmy 200 pro­jek­tów w 8 lat! To dla nas wiel­ka radość 🙂 W naszym imie­niu świę­to­wać będzie 300 dzie­ci w Kia­ba­ka­ri w Tan­za­nii. Będzie cie­pły posi­łek, owo­ce, dla każ­de­go nowe pod­ręcz­ni­ki – no i nie­spo­dzie­wan­ki:)


Hilary_Koprowski

Afryka wygrała z polio

WHO ogło­si­ła, że kon­ty­nent afry­kań­ski jest wol­ny od polio. To suk­ces po dzie­się­cio­le­ciach maso­wych szcze­pień, któ­re obję­ły 95% popu­la­cji kon­ty­nen­tu. A wszyst­ko zaczę­ło się w Kon­go w latach 50. ub. wie­ku, gdy uży­to pierw­szej szcze­pion­ki. Jej twór­cą był Hila­ry Koprow­ski. „Pierw­szą szcze­pion­kę wypi­li­śmy sami – wspo­mi­nał. – Sma­ko­wa­ła jak tran”.

Linda_polman_karawana_kryzysu

Woda samolotami do Afryki?

„Dofi­nan­so­wu­je­cie swo­ich rol­ni­ków upra­wia­ją­cych baweł­nę, a potem dostar­cza­cie nam zno­szo­ną odzież – powie­dział jeden z sene­gal­skich eko­no­mi­stów rol­nic­twa na temat akcji zbie­ra­nia odzie­ży dla bied­nych kra­jów w kra­jach boga­tych”. To zda­nie było inspi­ra­cją dla naszych fun­da­cyj­nych warsz­ta­tów dla mło­dzie­ży: „Jak mądrze poma­gać Afry­ce?”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.