Ta książka, oprócz reportażu, to także zapis przemyśleń narratora przemierzającego Tanzanię. Jego sposób patrzenia na świat sam w sobie jest podróżą. Podróżą w historie miejsc, które odwiedza w poszukiwaniu śladów związanych z jego własną rodziną.

Zaczęło się od klasera z kolonialnymi niemieckimi znaczkami w jego poznańskiej rodzinie. Od bliżej nieokreślonych wspomnień ludzkiej czaszki na czyjejś półce. Po latach była berlińska wystawa o zbieraniu tysięcy czaszek przez kolonizatorskich badaczy owładniętych rasistowskimi ideologiami.
Narrator wybiera się w podróż po Tanzanii śladami swoich przodków, którzy prowadzili m.in. poznański sklep kolonialny. Podróżowali po krajach Afryki. Co mieli w głowach? Co tam robili?

I tym tropem podróżując, narrator dzieli się z nami migawkami z historii. Ciekawie snuje opowieści zacząwszy od historii naturalnej Hiszpanii, przez niemiecki kolonializm: organizację obwoźnych wystaw z ludźmi jak w zoo, o mordach, obcinaniu ludziom głów i wysyłaniu ich czaszek do Niemiec, o walkach i buntach przeciw kolonizatorom, powstaniu Maji-Maji, po wspomnienia o polskich grobach i uchodźcach poandersowych.
Jest też inny styl pisania w tej książce. Sam autor określa go jako „ćwiczenia z wyobraźni i trybu przypuszczającego”. Fikcja miesza się ze snami narratora i niekończącymi się starymi meczami w hotelowych knajpkach.
Ciągłe być może
Fragmenty z rozważaniami typu „możliwe, że to w tym hotelu mieszkał” Stanisław Bajon czy Paul Fenster (stryjeczny pradziadek autora oraz jego szwagier), których śladów reporter poszukuje, do mnie mniej przemawiały niż części typowego reportażu historycznego.
Autor pisze o ciągłym być może. Być może hotelowa spłuczka to ta sama, na którą się natrafił jego znajomy archeolog. Być może przyjechała ona na polskim przedwojennym statku Poznań, bo statek przecież wiózł różne towary m.in. emaliowane nocniki.

W pewnym momencie narrator dodaje:
„I choć na pozór wydaje się banalna oraz oczywista, to trzeba ją powtarzać do złudzenia, bo jakoś nie do wszystkich dociera. To właśnie kolonializm i wynikająca z niego postkolonialna schizofrenia sprawiły, że tak trudno o zgodę i pokój w Afryce. Że zbrodnia, której się dopuściliśmy – i Polacy nie są wyłączeni z tego zbioru – wciąż trwa. Ofiary niedawnych i trwających wojen w Sudanie, Kongo, Etiopii, Burundii, Liberii, ale też w sąsiadującym z Afryką Jemenie, są naszymi ofiarami. My odpowiadamy za śmierć tych milionów ludzi”.
Nie wiem, czy są to refleksje, które podzielam. Tak, nie jesteśmy wolni od pewnych aspektów kolonializmu, o czym pisałam tutaj. Natomiast nie umiem się zgodzić z winą za śmierć milionów. To dla mnie jest raczej nadmiarowa opinia narratora.

Za mało było dla mnie też w tej książce lokalnego głosu. Jako całość jest skupiona na białej perspektywie. Reporter ma dwóch miejscowych przewodników, towarzyszy właściwie, o imionach Sara i Seppo. Poznajemy ich trochę, czasem słyszymy ich opinie. Ich głosu chciałoby się jednak słyszeć więcej.
Zachęcam też do zatrzymania się nad sensownością używania określeń „Czarny Ląd”, „Pigmeje” (teraz mówimy o Baka, stare określenie oznacza „niedorostek” i jest obraźliwe), „menażeria”, „ślepia” (w odniesieniu do Afrykanów).
Opis o obskurnych dzielnicach, gdzie „królują polio i HIV” warto by podeprzeć pogłębionymi danymi, bo stanowisko WHO jest takie, że kontynent afrykański wygrał z polio.
Ogólnie, mimo tych niedostatków, opowieść Bajona się snuje. Czytelnik słucha jej, siedząc z reporterem nad rzeką i paląc papierosy. Zachęcam, żeby tak usiąść i pozastanawiać się nad skomplikowanymi kwestiami z ciekawym świata, wrażliwym narratorem.
Kasper Bajon, Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2025
7/10


