Sir Evelyn Baring, kolonialny gubernator Kenii w latach 50. XX wieku na starej taśmie filmowej odsłania plan brytyjskiej administracji dotyczący rozwoju kenijskiego rolnictwa: eksploatować ziemię, wysiedlać ludzi i zatrudniać miejscową ludność jako nisko opłacanych pracowników.
Kikuju byli okradani ze swojej ziemi już od lat 30. XX wieku. Ich pola zmieniono w plantacje herbaty, które dziś przynoszą zyski na poziomie setek milionów dolarów rocznie. Jak sami mówią: „Gleba jest żyzna, ale ziemia jest przeklęta”.
Dlaczego demokratycznym już rządom Kenii tyle zajmuje zwrot ziemi prawowitym mieszkańcom? – pyta w swoim filmie „Ziemia Kikuju” reżyserka i dziennikarka Bea Wangondu.

Walka kolejnych pokoleń o zwrot ziemi jest dobrze podsumowana w jednej ze scen filmu, gdy Ali Ibrahim, przedstawiciel Narodowej Komisji ds. Ziemi próbuje uspokoić sceptyczny tłum, prosząc o cierpliwość. Głos z tłumu protestujących krzyczy: „Cierpliwość nigdy w życiu niczego nie załatwiła”.
Pozbawiony siebie
Jednym z leaderów ruchu na rzecz zwrotu ziemi jest Ngangi Mungai, inżynier w średnim wieku, którego rodzina straciła ziemię wartą miliony dolarów. Wraz z synem walczą od lat. Bohater filmu mówi: “Musisz mieć ziemię – to tożsamość. Jeśli nie masz ziemi, jesteś pozbawiony siebie. Rządy kolonialne odebrały nam ziemię… zgwałciły ją, wysiedliły nas”.

Film grozy
Reżyserka śledzi z kamerą tę walkę, ale też sama prowadzi własne śledztwo, w czasie którego jest zastraszana i ignorowana. Gdy odwiedza kolejne plantacje, ściśle odgrodzone i pilnowane, słyszy “porady”: uważaj, co robisz; to się źle skończy dla ciebie, bądź ostrożna.
Nagrywa anonimowy wywiad z Oficerem X (prawodopodobnie ze służb specjalnych), który wprowadza nastrój grozy do filmu. Dlaczego? Bo prezydent kraju otrzymuje darmowe udziały w firmach, do których należy ziemia Kikuju. Wielkie korporacje używają kolejnych władz niczym pionków.
Próby uciszenia
Gdy reżyserka chce wyjaśnień od firmy Unilever, nie zostaje dopuszczona do nikogo z firmy. Nawet gdy jedzie do jej głównej siedziby. Bea przeczesuje archiwa, w tym te z British Museum, gdzie znajdują się dokumenty sprzed dziesięcioleci. Dokumenty dotyczące ziemi Kikuju, które – tak jak ziemia – powinny być przecież ich własnością.

Uwięzieni w strukturze zaprojektowanej tak, by utrzymywać ich w ciągłym, pokoleniowym ubóstwie, Kikuju są poddawani licznym okrucieństwom. Poza zbrodnią zawłaszczenia ziemi korporacje są winne dopuszczania do przemocy wobec kobiet: nadużycia władzy oraz przestępstw seksualnych. Trwa to od dziesięcioleci aż do dzisiaj – na plantacjach dalej obserwujemy feudalne stosunki między zarządcami a kobietami.
Na oczach dzieci
Jedną z pokrzywdzonych kobiet jest Jecinta Gathoni. W filmie wspomina, jak w 1968 roku uciekła z domu, gdy ojciec odmówił jej prawa do edukacji, by ostatecznie trafić na plantację herbaty, gdzie warunki pracy były wyniszczające, a kierownicy pól wykorzystywali pracowników – w tym kobiety na oczach ich dzieci. Gathoni może mówić o tym dopiero teraz, po wielu latach, ponieważ dopiero teraz jest niezależna i udało jej się zdobyć własny kawałek ziemi.

Bea Wangondu przy kręceniu filmu odkrywa też dramatyczną rodzinną historię o swoim dziadku. Ten wątek plus przepiękne krajobrazy Kenii wzbogacają film jeszcze bardziej.
Ziemia Kikuju, Kikuyu Land, reż: Bea Wangondu, Andrew H. Brown, USA, 2026
dokumentalny, 94 minuty
7/10
Obejrzany w ramach festiwalu Millenium Docs Against Gravity


