Blog Afrykański Kawałek Afryki

Radio Chikuni słucha

29 kwietnia 2021

Jadę do nowo powsta­ją­cej radio­sta­cji i pierw­sze, co sły­szę: My to byśmy chcie­li mieć zasięg na dwie­ście kilo­me­trów. Żeby nas za rze­ką sły­sze­li! No dobra – odpo­wia­dam. – Tech­nicz­nie jest to moż­li­we. Skie­ru­je­cie odpo­wied­nio ante­nę i zasięg będzie. Ale kie­dy ostat­nio tam byli­ście? - A nigdy, bo łód­ka tam nie może dopły­nąć – sły­szę. To skąd wie­cie, jakie tam są pro­ble­my? Gdy chce­cie do wszyst­kich gadać, to będzie­cie gadać do niko­go. Dla­te­go cza­sem chciał­bym zmniej­szyć zasięg. Żeby być na bie­żą­co – mówi Andrzej Leśnia­ra SJ, pro­wa­dzą­cy Chi­ku­ni Com­mu­ni­ty Radio Sta­tion w Zambii.

W Zambii od same­go począt­ku odwie­dza­łem wsie w głę­bi buszu. Szcze­gól­nie trud­no było w porze desz­czo­wej: rze­ki roz­le­wa­ją się do ogrom­nych roz­mia­rów, poja­wia­ją się dopły­wy okre­so­we. W żaden spo­sób nie moż­na tam przy­pły­nąć (tak­że z powo­du kro­ko­dy­li). Zasta­na­wia­li­śmy się, jak się komu­ni­ko­wać? Wte­dy przy­szła myśl: a gdy­by mieć krót­ko­fa­lów­kę albo CB radio?

Chi­ku­ni Radio powsta­ło w 1999 r. Posta­wi­li­śmy sie­dem­dzie­się­cio­me­tro­wy maszt. Chcie­li­śmy włą­czać lokal­nych ludzi, więc nie wyna­ję­li­śmy spe­cja­li­stycz­nej fir­my. Zambij­czy­cy sami przy­wo­zi­li cegły, wypa­la­li pia­sek, łado­wa­li i budo­wa­li. Żeby czu­li, że to jest ich.

Radio na korbkę

Gra­my radio codzien­nie od godzi­ny 6 do 23. Poło­wa z tego to muzy­ka. Nie powta­rza­my żad­ne­go pro­gra­mu. Więk­szość nada­je­my w lokal­nym narze­czu ton­ga.

Od same­go począt­ku wokół nas powsta­wa­ły klu­by radio­we. We wsi jest jeden wspól­ny odbior­nik: na dyna­mo lub nakrę­ca­ny na korb­kę, bo w buszu nie ma prą­du. Zwy­kłe bate­rie za szyb­ko się wyczer­pu­ją i potem nie ma pie­nię­dzy na nowe. Radio jest z gru­be­go pla­sti­ku, żeby nie mia­ły do nie­go dostę­pu szczu­ry, ter­mi­ty ani wszech­obec­ny kurz. Jed­na oso­ba krę­ci korb­ką, ludzie zasia­da­ją pod drze­wem i słu­cha­ją. A z cza­sem zaczę­li przy­no­sić tema­ty do programów…

Jakie to tema­ty? O upra­wie zie­mi. Ton­ga to drob­ni rol­ni­cy, któ­rzy żyją z tego, co uro­dzi ich kawa­łek zie­mi. Nie mają inne­go docho­du. O odży­wia­niu, edu­ka­cji, kul­tu­rze, rodzi­nie, zdro­wiu. Nada­je­my sta­ły pro­gram dla ludzi żyją­cych z AIDS. Cho­rzy mają swój pro­gram, w któ­rym pod­trzy­mu­ją się na duchu. Wypły­wa­ją też tema­ty tabu: o tym, jak sza­ma­nie zawłasz­cza­ją ludziom mie­nie, jak dziew­czę­ta są wyko­rzy­sty­wa­ne. Mamy tu muzy­ków, któ­rzy o tym śpiewają.

Słuchają cały czas

Kie­dyś nauczy­ciel ze szko­ły jakieś 40 km od nas nawią­zy­wał rela­cje sek­su­al­ne z uczen­ni­ca­mi. Jeden z zespo­łów nagrał o tym pio­sen­kę. Po tygo­dniu była tak popu­lar­na, że już nie mogłem jej słu­chać – ale sko­ro wszy­scy chcie­li, to puszczaliśmy.

Nie­dłu­go potem do radia przy­jeż­dża facet na rowe­rze i mówi: – Prze­stań­cie grać tę pio­sen­kę! – Któ­rą? – No tę. – A cze­mu? Na to on mówi, kim jest i się żali: – Ja nie mogę do Mon­ze nawet iść, bo wszy­scy mnie pal­ca­mi pokazują.

Tak, arty­ści to potra­fią. Kie­dyś zosta­li potur­bo­wa­ni, bo śpie­wa­li o nie­wy­god­nych rze­czach. Poru­sza­my spra­wy bar­dzo wraż­li­we. My jako radio też musi­my uwa­żać, bo już kil­ka razy chcie­li nas zamknąć. Tam­ci słu­cha­ją cały czas. Jak coś się powie o wła­dzy… Nie­ste­ty, musie­li­śmy pła­cić – i to dość potęż­nie – za znie­wa­że­nie, co oczy­wi­ście nie było prawdą.

Ale co zro­bi­łem z tym nauczy­cie­lem? – Dobra – powie­dzia­łem. – To zawo­ła­my zespół, miesz­ka­ją aku­rat nie­da­le­ko. Muzy­cy przy­szli. Lider zespo­łu pyta nauczy­cie­la: – A zro­bi­łeś to? – No tak… – To będzie­my grać! Nic miło­sier­dzia nie mie­li (śmiech).

Panel pod drzewem

Tu śpie­wa się cią­gle. Śpie­wa się przy wygnia­ta­niu kuku­ry­dzy w moź­dzie­rzu, pra­niu, goto­wa­niu. Muzy­ka ma wie­le funk­cji. Gdy kobie­ta ma pro­blem w mał­żeń­stwie, w tych stro­nach nie ma pra­wa powie­dzieć o tym mężo­wi. Więc co robi? Idzie za cha­tę i śpie­wa pio­sen­kę. Inne, star­sze, kobie­ty to sły­szą i myślą: O, tam jest pro­blem. To one podej­mu­ją trud­ny temat z mężem.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Singonya_zambia.jpg

Od lat po wsiach robi­my deba­ty z radiem. W zwy­kłych pro­gra­mach na żywo z regu­ły uczest­ni­czą męż­czyź­ni. Rzad­ko się zda­rza, żeby kobie­ta zadzwo­ni­ła. Więc jedzie­my na wieś z deba­tą np. o wyko­rzy­sty­wa­niu dziew­czy­nek. Mamy mobil­ny sprzęt na kół­kach – mikro­fon, bate­rie, gło­śni­ki. Wszy­scy się scho­dzą – poli­cja, naczel­nik wio­ski – i robi­my panel pod drze­wem. Co cie­ka­we: na deba­tach w wio­sce kobie­ty się odzy­wa­ją; kobie­ty mówią, i dzie­ci też mówią. Radio i my sami nie nale­ży do tra­dy­cyj­nej kul­tu­ry i wyda­je mi się, że dla­te­go ludzie potra­fią wte­dy mówić o rze­czach, o któ­rych w innych oko­licz­no­ściach by nie mówili.

Kobiety wstały

To było świet­ne, bo dzie­cia­ki mówi­ły o auten­tycz­nych pro­ble­mach, z któ­ry­mi się bory­ka­ły – mówi dr Maria Mar­ciń­czuk, spe­cja­li­sta peda­go­gi­ki wcze­snosz­kol­nej, któ­ra pra­co­wa­ła w Chi­ku­ni jako nauczy­ciel moni­to­ru­ją­cy. – Choć­by o pro­ble­mach alko­ho­lo­wych w domu. Kobie­ty z kolei wsta­ły i powie­dzia­ły na głos, że są bite i źle trak­to­wa­ne. Męż­czyź­ni się zde­ner­wo­wa­li i się zaczę­ły dłu­gie deba­ty. To, że do takich dys­ku­sji doszło i że głos kobiet został usły­sza­ny, uwa­żam za spo­ry sukces.

Dzie­ci potra­fią mówić praw­dę – potwier­dza Andrzej Leśnia­ra SJ.Na jed­nej z takich debat opo­wia­da­ły, któ­ry nauczy­ciel ofe­ro­wał dobre oce­ny za seks. Innym razem mówią o tym, jak naczel­nik wio­ski zawłasz­czył nowo wyko­pa­ną stud­nię i niko­mu nie chce dawać wody.

Czasem dobrze, czasem o śmierci

Na koszul­kach radio­wych mamy hasło: „Radio Chi­ku­ni słu­cha”. A w logo radia śli­ma­ka. Śli­mak – owszem – jest powol­ny. Ale zambij­skie powie­dze­nie mówi, że jak przyj­dzie pierw­szy deszcz, to śli­mak zaczy­na sobie cho­dzić i wszę­dzie wej­dzie – a to do jed­ne­go domu wej­dzie, a to do dru­gie­go. Jest jak gość – przyj­dzie i przy­nie­sie nowi­nę. Cza­sem dobrą, a cza­sem tę o śmierci.

Eki­pa Chi­ku­ni Com­mu­ni­ty Radio Station

Mie­li­śmy trzy róż­ne bada­nia (m.in. zro­bio­ne przez BBC) i wie­my, że dzien­nie nas słu­cha 200 tysię­cy ludzi (to jed­na czwar­ta doro­słych w Pro­win­cji Połu­dnio­wej Zambii). Mnie to nie bar­dzo inte­re­su­je. Czę­sto mówię, że chciał­bym nawet zmniej­szyć zasięg. Jeśli się nie ma kon­tak­tu ze słu­cha­czem i mówi się do wszyst­kich, to mówi się do niko­go. Dla­te­go roz­wi­nę­li­śmy sieć dzien­ni­ka­rzy new­so­wych. Każ­dy dostał rower. Jeż­dżą i szu­ka­ją pro­ble­mów, któ­re ludzi tra­pią. Pro­du­ku­ją bar­dzo dobre audy­cje. Pozna­łem tu dzien­ni­ka­rzy z powo­ła­nia. Przy­cho­dzi też do nas mło­dzież – bywa­ją okre­sy, że mamy ponad 200 podań o pracę.

Pamię­tam dobrze histo­rię Jade­’a – mówi Maria Maciń­czuk. – Chło­pak miał pod gór­kę: mama bar­dzo cho­ra, sio­stra wynisz­czo­na przez mala­rię. On sam, by utrzy­mać rodzi­nę, sprze­da­wał węgiel drzew­ny. Szedł na dro­gę, łapał cię­ża­rów­kę i na pace jeź­dził do mia­sta na han­del. Miał wte­dy 11, może 12 lat. Ktoś go przy­uwa­żył, że chło­pak pra­co­wi­ty i chęt­ny do nauki, więc ufun­do­wał mu edu­ka­cję. Tak Jade tra­fił do radia, gdzie robił nie­praw­do­po­dob­ne audy­cje. Dziś jest już po stu­diach w Anglii, ale do Chi­ku­ni wrócił!

Halo, szkoła

Z cza­sem wpa­dli­śmy na myśl, żeby przez radio szko­łę zało­żyć – wspo­mi­na Andrzej Leśnia­ra SJ. –W Ame­ry­ce Połu­dnio­wej jest to popu­lar­ne i przy­no­si efek­ty. Tutaj mnó­stwo dzie­ci nie docie­ra do szkół. Pra­cu­ją przy trans­por­cie lub na roli. Nie mam na myśli sytu­acji, w któ­rej dzie­ci poma­ga­ją na roli – one de fac­to bywa­ją rolnikami.

Widzia­łam tę cięż­ką pra­cę – wspo­mi­na Maria Mar­ciń­czuk. – Gdy prze­jeż­dża­łam, dziew­czyn­ki przy­klę­ka­ły w polach z kamie­nia­mi, któ­re zbie­ra­ły. To było pora­ża­ją­ce, że tak reago­wa­ły na bia­łe­go czło­wie­ka. Czę­sto też woła­ły na mnie: duch, duch! Rodzi­ce nie chcie­li wysy­łać dziew­cząt do szko­ły, bo to nie­bez­piecz­ne. Zda­rza­ło się dużo gwał­tów. Więc przed powsta­niem szko­ły radio­wej dziew­czyn­ki w ogó­le nie cho­dzi­ły do szkół pań­stwo­wych. A tutaj, w szko­łach radio­wych, jest ich bar­dzo dużo. Myślę, że tyle samo co chłop­ców. I co wię­cej: one rów­nie dużo korzy­sta­ją. Nie widzia­łam róż­nic w trak­to­wa­niu dziew­czy­nek i chłopców.

Tu wszę­dzie jest dale­ko: mię­dzy szko­ła­mi pań­stwo­wy­mi jest 10, 15 a nawet 20 km. Nie­któ­re dzie­ci musiał­by poko­ny­wać pie­szo 50 km dzien­nie. A w porze desz­czo­wej już zupeł­nie nie ma jak prze­je­chać. Jeże­li więc nawet dzie­ci cho­dzą do szko­ły, to w porze desz­czo­wej prze­sta­ją. A do szkół radio­wych jest bli­sko. W regio­nie powsta­ła taka szko­ła w każ­dej wio­sce, śred­nio co sie­dem kilometrów.

Edukacja wspólnotowa

W szko­le radio­wej pra­cu­je­my razem z lokal­ny­mi wspól­no­ta­mi – mówi Andrzej Leśnia­ra SJ . – To one wybie­ra­ją miej­sce, two­rzą komi­tet szko­ły radio­wej i znaj­du­ją instruk­to­ra. W szko­le radio­wej nie wystar­czy słu­chać pro­gra­mu! Klu­czo­wy jest instruk­tor – men­tor. Instruk­to­rzy nie są nauczy­cie­la­mi (czę­sto są tyl­ko po 9. kla­sie), więc potrze­bu­ją tre­nin­gu. My zapew­nia­my warsz­ta­ty nauczy­ciel­skie, nad­zór, tabli­ce, zeszy­ty, książ­ki, kre­dę, ołów­ki. Men­tor nie otrzy­mu­je wyna­gro­dze­nia, cza­sem dosta­je jakieś podar­ki – jak choć­by mydło. Nie ma środ­ków – w pierw­szej kla­sie dzie­ci piszą na pia­sku, dopie­ro w trze­ciej dosta­ją zeszy­ty i ołów­ki. Szu­ka­my pie­nię­dzy, jak wspo­móc men­to­rów, bo wolon­ta­riu­szem moż­na być przez dwa, trzy lata, ale jak się zało­ży rodzi­nę, to już robi się trud­no. Jeśli men­tor jest dobry, to chce­my go zatrzy­mać. Wysy­ła­my go do szko­ły, gdzie zosta­je nauczy­cie­lem. Cza­sem mamy nauczy­cie­li opła­ca­nych przez mini­ster­stwo. A nawet wię­cej: dwóch dosta­ło od mini­stra motory!

Dla mnie to było nie­by­wa­łe doświad­cze­nie obser­wo­wać, jak ludzie się zogni­sko­wa­li wokół radia – wspo­mi­na Maria Mar­ciń­czuk. – Praw­dzi­wa edu­ka­cja wspól­no­to­wa: ktoś musiał być odpo­wie­dzial­ny za odbior­nik, ktoś za tabli­cę. Żeby dzie­ci chęt­niej przy­cho­dzi­ły do szko­ły, a rodzi­ce chęt­niej je pusz­cza­li, to trze­ba je było nakar­mić. Musie­li się więc zna­leźć ludzie, któ­rzy za dar­mo, w swo­im wol­nym cza­sie, będą goto­wać kaszę dla dzie­ci. Dzię­ki temu ta wspól­no­ta się coraz bar­dziej zawią­zy­wa­ła. Ludzie coraz lepiej się zna­li, coraz wię­cej dys­ku­to­wa­li. Z cza­sem i doro­śli zaczy­na­li uczest­ni­czyć w zaję­ciach i część rodzi­ców uczy­ła się czy­tać oraz pisać razem z dziećmi.

2600 uczniów

Mamy ponad 2600 dzie­ci w szko­le – z dumą mówi Andrzej Leśnia­ra SJ. – Pro­gram szkol­ny nada­je­my od godzi­ny 10 do 13. Nauka odby­wa się po angiel­sku. Pro­gram obej­mu­je mate­riał klas od pierw­szej do siód­mej i został zaak­cep­to­wa­ny przez mini­ster­stwo edu­ka­cji. Wobec bra­ku cza­su ante­no­we­go dzie­ci są przyj­mo­wa­ne do pierw­szej kla­sy tyl­ko co dru­gi rok.

Lek­cje nagry­wa­ne są w taki spo­sób, jak­by nagry­wa­ją­cy nauczy­ciel był w tej samej kla­sie, co słu­cha­cze. Pod tym samym drze­wem – tłu­ma­czy Maria Mar­ciń­czuk. – Dzie­ci sły­szą pole­ce­nie np.: „Podziel­cie się w pary” i to robią. Jak nie rozu­mie­ją cze­goś, to wte­dy poma­ga im wolontariusz.

Pro­gram naucza­nia jest opar­ty na sys­te­mie bry­tyj­skim, więc naucza­ne są takie przed­mio­ty jak:  przy­ro­da, geo­gra­fia, mate­ma­ty­ka, ele­men­ty histo­rii. Wszyst­kie te przed­mio­ty, jakie zna­my z euro­pej­skiej edu­ka­cji. Ucznio­wie tej szko­ły mówią po angiel­sku ład­ny­mi, pod­ręcz­ni­ko­wy­mi zdaniami.

Dzie­ci pra­cu­ją cały­mi dnia­mi, dla­te­go nada­je­my tyl­ko w połu­dnie, kie­dy jest gorą­co i wszy­scy sie­dzą pod drze­wa­mi. Niby wie­czo­ra­mi dzie­ci też mogły­by się uczyć, ale wte­dy z kolei nie ma świa­tła. W szko­łach pań­stwo­wych zaję­cia są cały dzień, ale wie­lu uczniów nie zda­je egza­mi­nów – a nasi ucznio­wie zda­ją. Wie­lu naszych absol­wen­tów uzy­ska­ło naj­wyż­sze noty w kra­ju – cie­szy się Andrzej Leśnia­ra SJ. – Ostat­nio przy­szły do mnie dzie­ci z 9. kla­sy szko­ły pań­stwo­wej i pyta­ją, czy by nie mogły przy­cho­dzić i uczyć się tutaj.

To są bar­dzo dobre pro­gra­my, porząd­nie prze­my­śla­ne – mówi Maria Mar­ciń­czuk. – Do tego stop­nia, że z cza­sem przy­czy­ni­ły się do popra­wy ogól­ne­go pozio­mu edu­ka­cji. Mini­ster­stwo uzna­ło je za war­to­ścio­we i pró­bo­wa­ło nawet skło­nić szko­ły pań­stwo­we, żeby w nich  w ramach lek­cji odsłu­chi­wa­no pro­gra­my z radia.

Dziewczyny na uniwersytet!

radio_chikuni_zambia

Spo­ry pro­cent naszych absol­wen­tów dosta­je się do szkół ponad­pod­sta­wo­wych, gdzie znów poma­ga­my im finan­so­wo (cze­sne, mate­ria­ły, buty, ubra­nia). Mamy pierw­szą dziew­czy­nę, któ­ra skoń­czy­ła uni­wer­sy­tet! – z gło­su Andrze­ja Leśnia­ry SJ prze­bi­ja duma. – Gdy­by nie to, całe życie cho­dzi­ła­by z wia­drem z wodą. Odwie­dzam wsie i widzę dwu­na­sto­let­nie dziew­czy­ny z dziec­kiem. Dla dziew­czy­ny na pro­win­cji jedy­nym spo­so­bem wsko­cze­nia na dra­bi­nę spo­łecz­ną jest dziec­ko. Ma respekt, bo ma dziec­ko. Ale jak się nauczy czy­tać i pisać, to może coś wię­cej zro­bić. Choć­by w rol­nic­twie. Waż­nym ele­men­tem nasze­go pro­gra­mu szkol­ne­go są ogród­ki. Uczy­my upra­wy bez nawo­zów sztucz­nych. Poka­zu­je­my, jak dbać o warzy­wa, jak sadzić drze­wa w miej­sce tych wycię­tych na wypa­la­nie węgla. Ogród­ki dostar­cza­ją żyw­ność dla dzie­ci, a nad­wyż­ki są sprze­da­wa­ne albo suszo­ne w sło­necz­nych suszar­kach i prze­cho­wy­wa­ne na porę suchą.

Nie ma śpiewania o niczym!

Następ­ną rze­czą zwią­za­ną z radiem jest kon­cert, któ­ry orga­ni­zu­je­my od 2000 roku. W dwa dni przy­cho­dzi wte­dy dzie­sięć tysię­cy widzów. A zaczę­ło się od tego, że zro­bi­li­śmy kolek­cję 57 albu­mów lokal­nej muzy­ki. Mamy więc swo­ją rolę w oca­la­niu miej­sco­wej tra­dy­cji. Odkry­wa­my skar­by, bo jeź­dzi­my i nagry­wa­my muzy­ków. Jest ich coraz mniej, a wraz z nimi odcho­dzi muzyka.

Wła­ści­wie to nie jest kon­cert, a festi­wal. Ostat­nio wystą­pi­ło 120 zespo­łów czy grup muzycz­nych. Co roku przed kon­cer­tem ogła­sza­my pyta­nie, jaki w tym roku jest naj­waż­niej­szy lokal­ny pro­blem. Ludzie poda­ją pomy­sły i wybie­ra­my jeden, wio­dą­cy. Muzy­ka od zawsze była tu wyko­rzy­sty­wa­na do prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy i mądro­ści. Teraz zespo­ły nie tyl­ko chcą prze­ka­zy­wać tę tra­dy­cję, ale pró­bu­ją szu­kać roz­wią­zań w nowej sytu­acji – jak choć­by epi­de­mia HIV/AIDS. Tu nie ma śpie­wa­nia o niczym!

Sta­ra­my się ten kon­cert tak orga­ni­zo­wać, żeby ludzie czu­li, że to jest ich. A ja się z roku na rok coraz bar­dziej odłą­czam, żeby oni sami…

Filmowy obraz

Zambij­czy­cy mogą sobie sami pomoc. Jed­no takie sym­bo­licz­ne wyda­rze­nie zapa­dło mi głę­bo­ko w pamięć. To był świet­ny, fil­mo­wy obraz – wspo­mi­na Maria Mar­ciń­czuk. – Pamię­tam albi­no­ską dziew­czyn­kę któ­ra uczest­ni­czy­ła w zaję­ciach szko­ły radio­wej. Jak wie­le osób dotknię­tych albi­ni­zmem, bar­dzo szyb­ko tra­ci­ła wzrok. Już prak­tycz­nie widzia­ła tyl­ko cie­nie. Pamię­tam jak dziś: dzie­ci aku­rat koń­czy­ły jeść posi­łek, kasz­kę jakąś, a men­tor przy­szedł po nie, mówiąc, że czas się zbie­rać na lek­cje. I dzie­ci pod­cho­dzi­ły do tej albi­no­skiej dziew­czyn­ki, kła­dły sobie jej rękę na ramio­na i pro­wa­dzi­ły ją do kla­sy, żeby razem z nimi mogła uczest­ni­czyć w zaję­ciach. Byłam tą wspól­no­to­wą sce­ną bar­dzo wzruszona.

Zdję­cia: Chi­ku­ni Radio

Podziel się:

Skoro nogi Cię tu przyniosły, to idź krok dalej i wesprzyj naszą pomoc Afryce :)

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on print
Wydrukuj
Musoma Tanzania

Do szkoły przychodzą zmęczone i głodne

Na tan­zań­skiej wsi każ­de dziec­ko musi pra­co­wać, a nie każ­de idzie do szko­ły. Oczy­wi­ście, dzie­ci powin­ny mieć obo­wiąz­ki, bo uwa­żam, że nasz euro­pej­ski model wycho­wa­nia, gdzie cała rodzi­na krę­ci się wokół dziec­ka, też nie jest wycho­waw­czy. Nato­miast w Tan­za­nii widzę dru­gą skraj­ność. Dzie­ciom bra­ku­je wspar­cia, jedze­nia, edu­ka­cji – mówi Domi­ni­ka Bań­ce­rek CR z przed­szko­la w Butu­ru w Tanzanii.

wilhelm-sasnal

Stereotyp wiecznie żywy

Na wyśmie­ni­tej (!) wysta­wie Wil­hel­ma Sasna­la moż­na jak w lustrze przej­rzeć się w ste­reo­ty­pach na temat Afrykańczyków. 

Powstaniec warszawski z Nigerii

Chwi­lę przed Godzi­ną „W” 1 sierp­nia w Pasa­żu Wie­cha przy ul. Zło­tej w War­sza­wie uczczo­no jedy­ne­go powstań­ca war­szaw­skie­go, pocho­dzą­ce­go z Afry­ki: Augu­sta Agbo­la O’Browna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.