Blog Afrykański Kawałek Afryki

Serca w tym wszystkim nie ma

19 września 2022

Kon­stan­ty Gebert napi­sał opus magnum. Ta obszer­na książ­ka oma­wia nie tyl­ko kolej­ne histo­rie ludo­bójstw, na jakie ludz­kość ska­zu­je sama sie­bie – nie­ste­ty dość czę­sto i regu­lar­nie. To tak­że wyczer­pu­ją­ca książ­ka o histo­rii same­go ter­mi­nu oraz o dłu­go­let­nich pró­bach zde­fi­nio­wa­nia, czym jest a czym nie jest ludo­bój­stwo. Roz­wa­ża­nia auto­ra wie­le wyja­śnia­ją, wie­le naświe­tla­ją, ale gene­ral­nie pły­nie z nich gorz­ki wnio­sek: świat widział/widzi i nie­wie­le robił/robi.

O ludo­bój­stwie w Rwan­dzie powsta­ło wie­le wyśmie­ni­tych ksią­żek, nie­któ­re z nich opi­sa­łam na tym blo­gu. Teraz chcia­ła­bym zwró­cić uwa­gę na kil­ka wybra­nych wąt­ków, któ­re naj­bar­dziej mnie zainteresowały. 

Przed kolonializmem

Gebert spo­ro pisze o gene­zie tych zbrod­ni. Kon­flikt Tut­si – Hutu był bar­dzo zło­żo­ny. Autor wra­ca do cza­sów przedkolonialnych:

„Jest oczy­wi­ście praw­dą, że Tut­si już byli uprzy­wi­le­jo­wa­ni w ramach rwan­dyj­skiej monar­chii: nale­żał do nich król i wie­lu wodzów. Ale w skom­pli­ko­wa­nym sys­te­mie rwan­dyj­skim ist­nia­ły, obok monar­chicz­ne­go, tak­że inne hie­rar­chie przy­wi­le­jów, zwią­za­ne ze struk­tu­ra­mi kla­no­wy­mi czy obo­wiąz­ka­mi wyni­ka­ją­cy­mi z ubu­ha­ke [sys­tem świad­czeń przy­mu­so­wych wobec wład­cy], a przy­na­leż­ność do gru­py uprzy­wi­le­jo­wa­nej była otwar­ta. W isto­cie bowiem to nie tyle Tut­si byli uprzy­wi­le­jo­wa­ni, co ci, któ­rzy aku­rat byli uprzy­wi­le­jo­wa­ni, zwa­ni byli Tut­si”.

„W Rwan­dzie przed­ko­lo­nial­nej gra­ni­ce mię­dzy obie­ma gru­pa­mi – mają­cy­mi przy­po­mnij­my, wspól­ną kul­tu­rę, język i reli­gię – były płynne”.

Kolonializm

W ten zło­żo­ny i nie­ty­po­wy dla Euro­pej­czy­ków sys­tem spo­łecz­ny przy­szli kolo­ni­za­to­rzy, któ­rzy zna­li tyl­ko albo podział feu­dal­ny, albo raso­wy. Uczy­ni­li oni z Tut­si gru­pę, któ­ra mia­ła dostęp do wła­dzy i edu­ka­cji (na ile, oczy­wi­ście, pozwa­la na to sys­tem kolonialny):

„Pod koniec pano­wa­nia bel­gij­skie­go 43 z 45 wodzów regio­nów było Tut­si, a z 553 wodzów wzgórz – 549”. „Znie­sio­no auto­no­mię hutyj­skich obsza­rów na pół­noc­nym wscho­dzie, a obo­wią­zek ubu­ha­ke nało­żo­no tyl­ko na Hutu (…) Zmie­ni­ło to wie­lo­stron­ny cha­rak­ter wza­jem­nych powią­zań słu­żeb­nych w zwy­kłą pańsz­czy­znę, a z Hutu uczy­ni­ło chło­pów pańszczyźnianych”.

„Hutu popa­dli w podwój­ną nie­wo­lę: Tut­sich oraz bia­łych, panu­ją­cych nad jed­ny­mi i drugimi”. 

Wcze­śniej było moż­li­we przej­ście z Hutu do Tut­si – „nie­za­leż­nie od pocho­dze­nia ludzie suk­ce­su raczej sta­wa­li się Tut­si, to zna­czy przyj­mo­wa­li ich toż­sa­mość i spo­sób bycia. (…) Z cza­sem uro­czy­stość prze­kształ­ce­nia Hutu w Tut­si zyska­ła spe­cjal­ną nazwę: kwi­hu­tu­ra (<odhu­ce­nie>) i obrzę­do­wość. Jego odpo­wied­ni­kiem była cere­mo­nia gucu­pi­ra – <utra­ty tutsyjskości>”.

Kolo­ni­za­to­rzy „bar­dzo pra­gnę­li w spo­sób obiek­tyw­ny przy­kró­cić ten afry­kań­ski bała­gan, w któ­rym ktoś mógł raz być Hutu, a raz Tut­si. (…) Admi­ni­stra­cji kolo­nial­nej cho­dzi­ło przede wszyst­kim o to, by móc przy­dzie­lać obo­wiąz­ki przy­pi­sa­ne Hutu bez ryzy­ka popeł­nie­nia błę­du”. Bada­nia pseu­do­nau­ko­we (kształ­tu cza­szek czy nosa) nie przy­nio­sły rezul­ta­tu. „W koń­cu admi­ni­stra­cja przy­ję­ła roz­wią­za­nie opor­tu­ni­stycz­ne: Tut­si to ci, któ­rych za Tut­si uzna­ją sąsie­dzi i/lub sama admi­ni­stra­cja oraz Kościół, i/lub któ­rzy mie­li ponad 179 cm wzro­stu albo mie­li dzie­sięć krów lub więcej”. 

„Docie­ra­my tu do same­go sed­na pro­ble­mu z rasi­zmem. Jego kon­se­kwen­cje są zawsze nie­mo­ral­ne i spo­łecz­nie szko­dli­we, a jeśli mu się pozwo­lić roz­wi­jać – nie­uchron­nie zbrod­ni­cze. Rasi­ści, nawet jeśli cza­sem uzna­ją, że choć w czę­ści tak jest w isto­cie, uza­sad­nia­ją to obiek­tyw­ną koniecz­no­ścią prze­ciw­dzia­ła­nia – jesz­cze bar­dziej, w ich mnie­ma­niu, szko­dli­we­mu – mie­sza­niu ras. Rzecz w tym jed­nak, że rasy czy­ste ist­nieć mogą w psy­cho­lo­gii jako tok­sycz­ny fan­ta­zmat, albo w socjo­lo­gii jako spo­łecz­ne jego kon­se­kwen­cje – ale nie w bio­lo­gii. Żad­na bio­lo­gicz­na defi­ni­cja odręb­nych ras ludz­kich nie wytrzy­mu­je kon­fron­ta­cji z rze­czy­wi­sto­ścią. W Rwan­dzie stwa­rza­ło to cza­sem sytu­acje absur­dal­ne, kie­dy odmien­nie kla­sy­fi­ko­wa­no nie­kie­dy rodzo­nych bra­ci, ale wraz z kla­sy­fi­ka­cją wpro­wa­dzo­no tak­że dowo­dy oso­bi­ste, usta­la­ją­ce raz na zawsze płyn­ny dotąd sta­tus poszcze­gól­nych osób”.

Po kolonializmie

Oczy­wi­ście, pro­blem kon­flik­tu mię­dzy Hutu i Tut­si nie został stwo­rzo­ny przez kolo­ni­za­to­rów, ani bez­po­śred­nio kolo­ni­za­to­rzy nie wywo­ła­li ludo­bój­stwa roku 1994. Pro­blem się kom­pli­ko­wał, eska­lo­wał, a na dłu­go przed ludo­bój­stwem w roku 1994 po dwóch stro­nach zgi­nę­ły set­ki tysię­cy osób (lata ’60 i ’70 XX wieku). 

ostateczne-rozwiazania-konstanty-gebert

Jak żyć po ludobójstwie

Kon­stan­ty Gebert spo­ro też uwa­gi poświę­ca spo­so­bo­wi, w jaki Rwan­da pró­bu­je roz­li­czyć zbrodnie. 

Pisze o „bar­dzo suro­wej usta­wie o divi­sio­nism – ten angiel­ski neo­lo­gizm ozna­cza dzie­le­nie ludzi według pocho­dze­nia – któ­ra zaka­zu­je nie tyl­ko licze­nia Tut­si i Hutu, ale wręcz wspo­mi­na­nia, że podział taki ist­nie­je. Ma to sprzy­jać budo­wie nowej rwan­dyj­skiej toż­sa­mo­ści naro­do­wej. W prak­ty­ce ozna­cza, że Tut­si czę­sto mają poczu­cie, że rząd (…) nie­mal nie dostrze­ga ich istnienia”.

Pisze też o począt­ko­wej fali samo­są­dów. O tym, że naj­więk­si zbrod­nia­rze sta­nę­li przed mię­dzy­na­ro­do­wym try­bu­na­łem ONZ w Aru­shy (Tan­za­nia). Nie­ste­ty tam zapa­dły jedy­nie 44 wyro­ki, bo rząd w Kiga­li zerwał współ­pra­cę. Sądy począt­ko­wo zasą­dza­ły karę śmier­ci. Potem kara ta zosta­ła znie­sio­na. Do 2001 r. osą­dzo­no 6 tysię­cy podej­rza­nych. To była kro­pla w morzu. Par­la­ment w tym samym roku usta­no­wił 11 tysię­cy try­bu­na­łów ludo­wych, któ­re w cią­gu deka­dy roz­pa­trzy­ły ponad milion spraw, by następ­nie zakoń­czyć prace. 

Sąd na trawie

Te try­bu­na­ły (gacza­cza) nawią­zy­wa­ły do tra­dy­cyj­ne­go wymia­ru spra­wie­dli­wo­ści. „Kie­dy docho­dzi­ło do zatar­gu mię­dzy dwo­ma miesz­kań­ca­mi wzgó­rza – o kro­wę, o mie­dzę – wiej­ska spo­łecz­ność zbie­ra­ła się na pola­nie, na tra­wie (to wła­śnie ozna­cza nazwa gacza­cza), wybie­ra­ła spo­śród sie­bie nie­ska­zi­tel­nych: sędziów, oskar­ży­cie­li i obroń­ców. I zaczy­na­ła się publicz­na roz­pra­wa. Bez kodek­sów, bez żmud­ne­go zbie­ra­nia dowo­dów, bez skom­pli­ko­wa­nej pro­ce­du­ry, jakiej przez wie­ki doro­bi­ło się sądow­nic­two euro­pej­skie, któ­re do Rwan­dy przy­szło razem z bel­gij­ski­mi kolo­ni­za­to­ra­mi. I bez odwo­ła­nia. Kil­ka godzin i było po spra­wie. Sami ludzie pil­no­wa­li, by wyrok został wyeg­ze­kwo­wa­ny, a spraw­ca po wyko­na­niu kary znów sta­wał się peł­no­praw­nym człon­kiem wspól­no­ty”.

Wyda­wa­ło­by się, że zna­le­zio­no naj­lep­sze roz­wią­za­nie. Tym­cza­sem docho­dze­nia wyka­za­ły, że tyl­ko w cią­gu dwóch zba­da­nych lat pra­cy gacza­czy ponad dwa i pół tysią­ca świad­ków było zastra­sza­nych, bitych a cza­sem docho­dzi­ło do mor­derstw. (War­to przy­po­mnieć, że Rwan­da w 30 lat po ludo­bój­stwie bory­ka się z wewnętrz­ny­mi pro­ble­ma­mi z demo­kra­cją, co m.in. opi­su­ję tu).

Boże, daj mi jakiś inny kraj

Gebert przy­ta­cza tak­że wypo­wie­dzi kobiet – ofiar, któ­re nie wie­rzą w pań­stwo­wą ideę pojed­na­nia naro­do­we­go. Chri­sti­ne mówi: „Spra­wa zamor­do­wa­nia moje­go męża cią­gle nie zosta­ła wyja­śnio­na, ale zdo­by­łam o tym nowe infor­ma­cje – ale się boję, że mnie za to zabi­ją. Lepiej już by było, gdy­by tej gacza­czy nie było”. Espe­ran­ce o pojed­na­niu mówi: „Ser­ca w tym wszyst­kim nie ma – ale pań­stwo kaza­ło, więc trud­no, trze­ba”. Redemp­ta: „Pań­stwo mówi, żebym im wyba­czy­ła, ale to nie­moż­li­we. Oni tam sobie naucza­ją pojed­na­nia, ale to my obok tych mor­der­ców żyje­my!”. Cle­men­ce: „Ludo­bój­stwo się nie skoń­czy­ło: oni nas nadal zabi­ja­ją słowami”.

Kon­stan­ty Gebert roz­ma­wia z oca­la­ły­mi z ludo­bój­stwa. Oka­zu­je się, że prze­czy­ta­nie ksią­żek Toch­ma­na czy Hatz­fel­da nie uod­par­nia ani nie przy­go­to­wu­je na kolej­ne rela­cje z Rwan­dy. Wciąż szo­ku­ją i bolą. Jak sło­wa Ceci­le: „Nie­na­wi­dzi­łam i sie­bie i wszyst­kich. Modli­łam się: Boże, daj mi jakiś inny kraj”.

Nigdy więcej?

To dłu­ga – nie­ste­ty (i nie piszę tak bynaj­mniej dla­te­go, że Geber­to­wi bra­ku­je talen­tu pisar­skie­go) – książ­ka o histo­rii ludo­bójstw w wie­lu kra­jach tego świa­ta. Na koniec wpi­su o niej zosta­wiam bar­dzo gorz­ki cytat:

„Man­tra Nigdy wię­cej już daw­no prze­sta­ła dzia­łać. Jak zauwa­żył ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz David Rieff, komen­tu­jąc woj­nę w Bośni: <Nigdy wię­cej> zna­czy tyl­ko tyle, że nigdy wię­cej Niem­cy nie będą zabi­jać Żydów w Euro­pie w latach 40. XX wie­ku”.

Kon­stan­ty Gebert, Osta­tecz­ne roz­wią­za­nia. Ludo­bój­cy i ich dzie­ło, Ago­ra, War­sza­wa, 2022

8/10

Podziel się:

Skoro nogi Cię tu przyniosły, to idź krok dalej i wesprzyj naszą pomoc Afryce :)

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on print
Wydrukuj
Djaïli Amadou Amal Niecierpliwe

Bądźcie niewolnicami i bądźcie wdzięczne

2000 fran­cu­skich uczniów z 56 lice­ów wybra­ło dwa lata temu powieść kame­ruń­skiej pisar­ki do nagro­dy Prix Gon­co­urt Des Lycéens. Dziś może­my w pol­skim prze­kła­dzie poznać losy Ram­li, Hin­dou i Safi­ry. Losy inspi­ro­wa­ne histo­rią życia autor­ki książki.

obietnica_damon_galgut

Republika złożyła obietnicę

„Trzy­dzie­ści lat demo­kra­cji w RPA nie­wie­le zmie­ni­ło w życiu takich osób jak Salo­me – nie­wy­kształ­co­nych czar­nych kobiet. One wciąż nie mają gło­su” – mówi połu­dnio­wo­afry­kań­ski pisarz Damon Gal­gut, lau­re­at Nagro­dy Booke­ra za rok 2021.

Akwaeke Emezi

Całe życie czułem się ciężki

„Oto, jak Vivek przy­szedł na świat – po śmier­ci i wśród roz­pa­czy. Widzi­cie, to go nazna­czy­ło, ścię­ło go niczym drze­wo. Został spro­wa­dzo­ny do domu peł­ne­go para­li­żu­ją­ce­go żalu. Całe jego życie było nazna­czo­ne żało­bą”. Smut­na to powieść o współ­cze­snej Nige­rii, nazna­czo­na śmier­cią od tytu­łu i pierw­sze­go zda­nia. Ale i powieść wybitna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.